środa, 5 marca 2014

10. Może jestem naiwny, ale wierzę, że ktoś na świecie musi być, kto nie czeka na nasze porażki, kto chce nam pomóc.

-To powiedz mi coś o sobie?-powiedziałam, kiedy usiedliśmy przy stole, a Nick podał mi talerz z kurczakiem w ostrym sosie oraz ziemniaki w maśle.
Obiad był kaloryczny, wiedziałam to, ale nie dałam po sobie poznać, że nie zamierzam zjeść za dużo tej kolacji.
Chłopak usiadł naprzeciwko mnie i konsumował przyrządzone przez samego siebie danie, a ja tylko dłubałam w mięsie.
-Umm.. Nie ma dużo do opowiadania, moje życie jest zwykłe, nic co by się wyróżniało. Mam dwoje starszych braci, moi obojga rodzice pracują, a sam jestem w College'u kryminalistycznym, ale wziąłem sobie rok wolnego, bo ostatnimi czasy mam gorsze dni. Niektórzy określiliby moje życie jako "idealne", ale ja tego tak nie widzę, dla mnie jest zbyt nudne, za bardzo takie jak innych.-powiedział połykając jedzenie i starając się nie ubrudzić
-To skąd u ciebie wahania nastroju?-spytałam.
-Problemy w szkole, powiedzmy, że są w mojej szkole różne hierarchie i nie jestem na najwyższym szczeblu.
-W każdej szkole tak jest.-mruknęłam.-Może zbierz grupę, która też jest upokarzana i dajcie nauczkę tym gburom?
-Nie możemy nic zrobić im, w tym właśnie rzecz.-powiedział zirytowany z całej sytuacji, która się dzieje w jego szkole.-Syn dyrektora szkoły jest tym, który najbardziej traktuje nas jak śmieci, a jak coś mu robimy..
-To zostaniecie wywaleni z College'a.-przerwałam mu, a ten pokiwał głową do mnie.-To tylko czekać aż skończysz college i do lepszej pracy niż on.-uśmiechnęłam się do niego.-Już wiesz, gdzie będziesz pracował?
-Tak, Washington ma dobrze rozwinięty program dla stażystów w FBI, a jako, że i ja mam wpływowych rodziców, nie będzie to problemem dostać się tam.
-To co tutaj robisz, sam?
-W tym domu się wychowałem, rodzice bywają tutaj rzadziej niż mój brat, który bywa tutaj raz na pół roku, wybrałem te miejsce, bo tutaj mam znajomych z high school oraz lubię spokój, a Williston jest wyjątkowo spokojnym miasteczkiem.
-Rozumiem.
-Dlaczego nie jest?-zapytał patrząc na talerz z nie ruszonym jedzeniem.-Nie smakuje ci?
-Nie, po prostu nie jestem głodna.
-Danie nie przekracza 400 kalorii.-powiedział wpatrując się we mnie.-Zjedz choć trochę.
Brunet wiedział co jest w mojej głowie, a tym czasem nawet nie przyszło mu do głowy, aby mnie wyśmiać czy dopytywać się dlaczego nie jestem "głodna", on zwyczajnie wiedział, dlaczego nie chcę jeść.
Zmarszczyłam nos, po czym nabrałam małą porcję potłuczonych ziemniaków z masłem na widelec i włożyłam do ust; ten czyn wywołał uśmiech na ustach Nicolas'a, co i mnie się spodobało.
-A jak to jest z tobą, bo to co spostrzegłem to masz zaburzenie własnej wartości i depresję.-patrzył na mnie i czekał na odpowiedź z mojej strony.
Połknęłam jedzenie i popiłam je wodą. Podniosłam głowę i zaczęłam się wpatrywać w bruneta.
-Wiesz.. Kiedy byłam młodsza, zawsze wierzyłam, że mam coś w sobie, że jest coś więcej we mnie niż tylko grube ciało i zwyczajna twarz; że jestem coś warta, ale z mijającym czasem, zaczęłam w to wątpić, a to, że nie miałam przyjaciół wokół mnie tylko mnie przy tym utwierdziło. Nie szukam litości u innych, nawet nie zależy mi, by ktokolwiek mnie zrozumiał. Często mówię innym, że po prostu ich nie lubię, mimo, że naprawdę wielbię ich, tylko po to, aby się ode mnie odczepili i dali mi spokój, bo to nie jest tak, że nikt się nie napatoczył, ale te dwie osoby były tylko dwoma osobami i do tego to były osoby, które otaczają się ludźmi, nie ważne jakimi, ważne jaka ilość, a ja nie chcę być "ilością" dla kogoś, chcę być kimś.
-Dla mnie jesteś kimś.-wtrącił się.



[...] If you ever need a friend.
Someone to care and understand.
I'll be right here.
[...] Whenever you need me.
There's no need to worry.
You know that I'm gonna be,
Right here.
Jeśli potrzebowałabyś kiedykolwiek przyjaciela.
Kogoś, kto się troszczy i rozumie.
Będę tutaj.
Nie ma znaczenia kiedy mnie potrzebujesz.
Nie ma po co się martwić.
Wiesz, że tutaj będę,
Właśnie tutaj.


Po mojej twarzy przebiegł grymas, ale po krótkiej chwili nastała na mojej twarzy oaza chłodności.
-Nick, nie obraź się, ale za trzy miesiące znikniesz i nie obrócisz się.-oznajmiłam.-Więc tak jakby się nie liczysz.-westchnęłam.-Nie mam.. Nie wyróżniam się z tłumu, jeśli chodzi o osobowość i pasję. Nie mam żadnych talentów ani atutów, którymi mogłabym się pochwalić. Nie mam zielonego pojęcia co mam zrobić z własnym życiem. Powracając do ludzi, lubię minimalizować stratę, kiedy umrę, bo wiem, że niedługo wybuchnę ponownie i na pewno spróbuję się zabić, czuję się jak bomba i nie sądzę, abyś to zrozumiał.
-Dlaczego?
-Masz idealne życie, sam tak nawet powiedziałeś..
-Nie oceniaj mnie.-mruknął.
-"Nie oceniaj mnie".-zaśmiałam się nerwowo.-Wiesz co, za dużo razy słyszałam taką prośbę, a za kilka dni ktoś mnie obsmarowywał za moimi plecami.-w moich oczach pojawiły się łzy, których nie potrafiłam kontrolować.-To nie jest takie proste dla mnie zaufać, ja nie ufam byle komu i nawet nie mam zamiaru powrócić do bycia tą naiwną, głupiutką dziewczyną, która ufała, że ludzie są dobrzy i że nigdy nikt mnie nie skrzywdzi, bo zgadnij co, to była totalną ściemą! Ludzie tylko czekają, abyś się potknął, a później będą tylko to wykorzystywać przeciwko tobie, bo takie jest właśnie nasze społeczeństwo, więc nie zamierzam oszukiwać samą siebie, że wcale tak nie jest.
-Grace. Myślisz, że nigdy mnie nikt nie zranił?-zapytał z otwartymi ustami, które od razu świadczyły, jak bardzo ukrył swój ból.-No więc chcę cię oświecić, zostałem zraniony, nie raz, ale takie jest właśnie życie. Świat niszczy, a raczej ludzie niszczą innych, tylko po to, by oni sami zabłysnęli przez jedynie sekundę, ale to nie świadczy, że wszyscy czyhają na twój upadek. Może jestem naiwny, ale wierzę, że ktoś na świecie musi być, kto nie czeka na nasze porażki, kto chce nam pomóc.
Wiedziałam, że chodzi mu o Anioły Stróże, wiedziałam, że teraz powinnam powiedzieć, że na pewno po świecie chodzą takie istoty, że świat nie jest zły, ale nie potrafiłam, nie chciałam, bo sama nie wierzyłam w to. Moje "pogaduszki", a raczej dyskusje z Bogiem? Och błagam, od razu to brzmi jak słowa jakiegoś świra. Już sama wątpię, że jestem o zdrowych zmysłach.
-Chyba muszę już iść.-szepnęłam nie mogąc się podnieść z krzesła i patrząc w przestrzeń za postacią Nicolas'a.
-Zostań.-nie patrzył na mnie a na obrus, ale w jego głosie wyczułam nutkę smutku.
Westchnęłam głęboko, nie potrafiłam nabrać normalnie powietrza, miałam wrażenie, że zaraz się uduszę.
-Źle się czuję.-oznajmiłam.-Chyba najlepiej będzie jak pójdę.-kiedy wstałam, na tym się skończyło, zapadła ciemność, a ja znalazłam się w "Wariatkowie".
-Co ty do cholery robisz?!-potężny głos rozgrzmiał po całym śnieżnym budynku.
Patrzyłam na postać, od którego światłość się odbijała, co było niemożliwe zobaczyć jego osobę.
-Dobrze wiesz, że nie możesz być taka nijaka dla problemów ludzi!-wykrzyczał.-Jesteś od tego, aby pomagać, więc schowaj własne problemy dla siebie, a jeśli potrzebujesz kogoś to i tak stawiaj jego problemy pierwsze! Nie widzisz, że on jest w podobnej rozsypce jakiej jesteś i ty?
Nie myślcie, że Bóg jest palantem, to znaczy, trochę jest, ale takim ogromnym, pewnie ma gorszy dzień.
-Nie chcę nasłać na ciebie kogoś do pomocy i tobie, chodzisz do psychiatry to powinno wystarczyć.
-Co mam niby mu powiedzieć? Jak wspierać?! Sam chodzi do psychiatry. Nie wiem co mam robić! Trzeba było mi pozwolić umrzeć.-powiedziała śmiało do postaci stojącej przede mną.
-Nie wiesz co robić?! Może przestań być taką egoistką!-wykrzyczał oburzony i obudził mnie.
Widziałam przestraszone oczy Nicolas'a i zaczęło mi się robić naprawdę niedobrze.
-Co dzisiaj zjadłaś? Jadłaś w ogóle?!-pytał zszokowany moim omdleniem.
Podniosłam się na nogi i przytrzymywałam się o stół, spojrzałam na niego zdenerwowana.
-Jadłam, okay? Jadłam. Po prostu ostatnimi czasy mam zawroty głowy i tyle.-oznajmiłam zirytowana przejęciem się chłopaka.
Wiedziałam co mówił "Bóg", wiedziałam co miał na myśli mówiąc "egoistka", ale nie potrafiłam się przed kimś wystarczająco otworzyć, by pokazać, że w ogóle nie jestem samolubna.
Westchnęłam głęboko i usiadłam na krzesło przy stole.
-Nie martw się o mnie, w porządku?-podniosłam na niego wzrok.
-To nie było w porządku.-mruknął.-Ale wiem, że nie mam nic do gadania z twoim odżywianiem i może to naprawdę głupie, ale wierzę ci, jeśli mówisz, że jadłaś, mam nadzieję, że nie skłamałaś.
Nie skłamałam, mówiłam prawdę, a raczej półprawdę, no bo, jak mogłam mu powiedzieć,że mdleję, aby porozmawiać z Bogiem? To dopiero "Chrześcijańskie", a w ogóle nie jestem religijna! Dla jednych to zaszczyt, dla drugich to choroba, zaliczam się do drugich, za cholerę nie wiem co się dzieje ze mną.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz