piątek, 28 lutego 2014

8. Kiedy wchodzisz między wrony, lepiej kracz jak one.

1 komentarz:
Wiedziałam, że nie mam tutaj przyjaciół, ale wieść, że już mam wrogów - zaskoczyła mnie. Nie będę robić z siebie kozła ofiarnego, bo nie byłam sama jedyna w tej chorej zabawie; w tym czymś uczestniczyły wszystkie dziewczyny, niezależnie od klasy, w której były.
Obudzono nas o 2 w nocy, w sumie to zwalono nas z łóżek i oblano lodowatą wodą. Przypuszczałam, że sprawcami byli koledzy Thomas'a, oraz i on, ale mieli na głowach kominiarki, co nie pozwalało mi ujrzeć twarz tych psychopatów, kiedy coś mówili mogłam jedynie usłyszeć głosy obcych mi młodych mężczyzn oraz przyjaciół Thomas'a. Wyciągnęli każdą dziewczynę z pokoju i nałożyli nam na plecy plecaki o ciężkiej zawartości, a następnie kazali nam wyjść szybko z budynku i biec najdłuższą drogą w las, przez las i z powrotem do szkoły. Kiedy któraś dziewczyna wywróciła się, bo biegłyśmy boso, wykrzykiwali głośno jak bardzo jesteśmy do bani. Musiałyśmy biec szybko i nie było przerw na oddech, plecaki wżynały nam się w łopatki, co powodowało mocny ból w plecach. Mimo mojej "super mocy", zmęczyłam się, ale nadal biegłam, jako jedyna nie przewróciłam się, nie zatrzymałam się na oddech, nawet nie patrzyłam na mężczyzn w kominiarkach, po prostu biegłam przed siebie uważając, by nie pokaleczyć nóg.
-Myślisz, że jak jesteś najlepsza z dziewczyn, to się tutaj nadajesz?!-wrzeszczał mi do ucha jeden z kolegów Thomas'a.-Mylisz się! Jesteś niczym, jesteś zwykłą dziwką, która myśli, że jak będzie w wojsku, to wszystko się jej należy!
Byłam oburzona, cieszyłam się, że wreszcie ten idiotyczny bieg dobiegł końca, jednak najwięcej radości sprawiło mi to, jak zrzuciłam z pleców plecak, następnie odwinęłam się i z całej siły przywaliłam z pięści chłopakowi, który mnie obrażał podczas biegu. Moje zachowanie zaskoczyło wszystkich kadetów, ale najbardziej młodego mężczyzny, którego uderzyłam. Nie trzeba być geniuszem, by wiedzieć, że chłopak zdjął kominiarkę, otarł swój nos, z którego sączyła się krew, spojrzał na mnie wściekły i chciał mi oddać, jednakże nie byłam osobą, która pozwalała innym na przemoc wobec mojej osoby. Walka, która zaistniała między mną a kolegą chłopaka, którego pokonałam w biegu na lekcji, ciągła się w nieskończoność, aż w końcu ktoś wszedł między mnie a niego, kiedy obróciłam twarzy, by spojrzeć na niego, okazało się, że to Thomas, we własnej osobie.
-Idiota.-mruknęłam pod nosem, jednakże wystarczająco głośno, aby wszyscy usłyszeli.
Nie czekając na kolejną walkę pomiędzy mną a świrem, który darł się w moje ucho, poszłam do mojego pokoju, skąd zabrałam ręcznik i czysty mundur szkolny, następnie poszłam pod prysznic w łaźni dla dziewczyn, gdzie każda kadetka już była i obmywała się z brudu.
Kiedy kadetki mnie zobaczyły, zaczęły klaskać i uśmiechać się w moją stronę, jakbym zrobiła coś dobrego. Uśmiechnęłam się sztywno, mimo, że nie wiedziałam nawet o co im chodzi, wolałam udawać, że wiem. Kiedy wchodzisz między wrony, lepiej kracz jak one. Nie chciałam mieć problemów nawet z dziewczynami z tej szkoły, wystarczyła mi nienawiść chłopaków, która wydawała mi się całkowicie niezasłużona.

*

-Pomyślcie o czymś, co sprawia wam przyjemność i powiedzcie co to jest całej grupie.-powiedział psychiatra na zbiorowym spotkaniu.
Młodzież popatrzyła się po sobie, żadne nie chciało mówić pierwsze. Drzwi otworzyły się z hukiem, przez które wszedł do pokoju chłopak, który przyciągał uwagę, a raczej jego bujne, lokowane włosy. Mężczyzna był po raz pierwszy na naszych wspólnych zajęciach, a wydawało mi się, że już go kiedyś poznałam, jednakże to było niemal niemożliwe, bo takich włosów nie da się przegapić, w sumie to nawet jego wieku - chłopak był najstarszy z nas, powiedziałabym, że ma około 20 lat, choć jego włosy umniejszały jego dojrzałość fizyczną.
-Myślałem, że już nie przyjdziesz.-przywitał psychiatra nowego osobnika uczęszczającego na nasze spotkania.-To jest Nicolas.-wskazał na chłopaka.-Usiądź.
-Może się przedstawicie?-zapytał nowy uczestnik wpatrując się w każdego po kolei.
Widziałam spojrzenie dziewczyn i chciało mi się śmiać, jednak powstrzymywałam się, by nie wyjść za jakiegoś świrusa.
Wymienili swoje imiona kolejno, tak jak i ja; dziewczyny szczerzyły się do nowego chłopaka, jednakże moja  i pozostałych chłopaków, chęć zawierania przyjaciół była minimalna. Ciągle czułam na sobie jego spojrzenie, co rozpraszało mnie, jednakże coś sprawiało, że nie miałam nic przeciwko jego spojrzeniom.
-Grace, a może ty masz czym się możesz podzielić?-spytał mnie psychiatra, a oczy wszystkich pacjentów skierowały się na mnie.
Zagryzłam wnętrze prawego polika, nie wiedząc co odpowiedzieć.
-To znaczy?-chciałam uzyskać coś bardziej szczegółowego z pytania.
-Czy coś się ostatnio wydarzyło, co wyjątkowo cię zadowoliło?-zmienił pytanie.
Przypomniałam sobie sytuację sprzed kilku dni, na co się uśmiechnęłam.
-Przywaliłam chłopakowi, który się znęca nad kobietami, co niezwykle zaspokoiło moją chęć zamordowania całej ludności na świecie.-oznajmiłam.
Widziałam oczy młodzieży i ich emocje, które nie były ukryte, wszyscy byli albo zaskoczeni albo zaniepokojeni, oprócz Nicolas'a, który odwzajemniał mój szeroki uśmiech.
-Czyli wykorzystałaś swoją złość, by zwalczyć gnębiciela, to dobrze, jednak może słowa wystarczyłyby.-powiedział psychiatra.
-Wątpię, to jest jeden z typów chłopaków: "tyran, czyli jaki to ja nie jestem", a więc krótko mówiąc, cios w nos z pięści był jedynym wyjściem.
-No to w takim razie gratulujemy ci odwagi, by przeciwstawić się dręczycielowi.
Nie czułam się jak bohaterka, ale też nie mogłam powiedzieć, że nie widziałam jak dobrą rzecz zrobiłam. Takie typy mężczyzn mnie obrzydzają, mój ojciec jest takim typem, a go nienawidzę. Może i nie jesteśmy kimś więcej, by kogoś oceniać, ale co do mojego ojca, to wydaje mi się, że mam to prawo, by powiedzieć, że jest potworem, a wszyscy inni, którzy są podobni do niego w jakimś stopniu, równie źli.



You've thrown the worst fear.
That can ever be hurled.
[...] How much do I know,
To talk out of turn.
You might say that I'm young.
You might say I'm unlearned.
But there's one thing I know.
Though I'm younger than you,
That even Jesus would never,
Forgive what you do.
Let me ask you one question.
Is your money that good?
Will it buy you forgiveness?
Do you think that it could?
I think you will find,
When your death takes its toll,
All the money you made,
Will never buy back your soul.
And I hope that you die.
And your death'll come soon.
I will follow your casket,
In the pale afternoon.
And I'll watch while you're lowered,
Down to your deathbed.
And I'll stand over your grave,
'Til I'm sure that you're dead.
Wzbudzasz najgorszy strach.
Strach, który kiedykolwiek dręczył ludzkość.
Wystarczająco dużo wiem,
By nie mówić nietaktownie.
Możesz powiedzieć, że jestem młoda.
Możesz powiedzieć, że jestem niedouczona.
Mimo, że jestem młodsza niż ty, 
Wiem, że nawet Jezus,
Nigdy nie wybaczyłby co robisz.
Pozwól mi zadać ci jedno pytanie.
Czy twoje pieniądze są aż tak dobre?
Czy kupią ci przebaczenie?
Myślisz, że mogłyby?
Uważam, że zdasz sobie sprawę,
Kiedy twoja śmierć zbierze żniwo,
I wszystkie pieniądze, które zarobiłeś,
Nigdy nie odkupią twojej duszy.
Mam nadzieję, że umrzesz.
I twoja śmierć nadejdzie szybko.
Będę podążał za konduktem pogrzebowym,
Bladym popołudniem.
I będę obserwował, kiedy będziesz spuszczany,
W dół, na łoże śmierci.
I będę stał nad twym grobem,
Dopóki nie upewnię się, że jesteś martwy.


wtorek, 25 lutego 2014

7. Nie ufam ci, nie ufam nikomu i mam dobry powód ku temu.

2 komentarze:
-Odkąd skończyłam 8 lat, idealnie opanowałam umiejętność chowania emocji i uczuć, i wiedziałam, że dzięki temu mam większe szanse na mniejsze zranienie.-powiedziałam pewnie siebie.
-Mimo swojej umiejętności, nadal zostajesz skrzywdzona.-skomentował psychiatra, na co wywróciłam oczami.
-Nie jestem skrzywdzona.-odparłam.
-Tak?-zwątpił.-To dlaczego masz zaszklone oczy?-spytał już poważniej.-Grace, nie musisz mnie okłamywać, możesz być ze mną szczera w 100%, a ja i tak cię nie ocenię. Tutaj możesz czuć się pewnie, nie powinnaś ukrywać swoich emocji, szczególnie tutaj. Nie chciałbym być w niemocy ci pomóc, a nie mogę być ci pomocny, jeśli będziesz ze mną nieszczera.-wpatrywał się we mnie swoimi dojrzałymi oczami.
-Wiem, że chcesz dla mnie dobrze, ale tylko dlatego, że ci płacę za rozmowy ze mną.-oznajmiłam zimno.
Mężczyzna o siwych włosach patrzył na mnie niewzruszony, po chwili westchnął.
-Grace, spotykam się z ludźmi, którzy mają problemy podobne jakie ty masz, rozmawiam z nimi, płacą mi za to - jednakże nie zgodzę się, że chcę dla was dobrze tylko dlatego, że mi płacą. Nikt o zdrowym umyśle nie chce, by ktokolwiek cierpiał.-powiedział do mnie z miną, która przypominała ból.
Patrzyłam na niego, mimowolnie ziewając i zakrywając usta prawą dłonią.
-Nikt nie ma współczucia, dopóki nie ucierpi.-mruknęłam.
-Masz rację.-przyznał.-Moje współczucie dla innych bierze się z tego, że moja matka, jak i siostra, cierpiały na zaburzenia afektywne, przez co cała rodzina cierpiała. Moja matka popełniła samobójstwo rok po tym jak mój ojciec odszedł od niej, miałem wtedy 20 lat, a moja siostra jest w szpitalu psychiatrycznym, kiedy próbowała dwa razy się zabić, ale z niepowodzeniem. Wiem co przechodzą osoby bliskie chorych, sam miałem depresję i zachowania maniakalne, kiedy byłem nastolatkiem, ale wyrosłem z tego, a więc także mam pewną wiedzę, co czują osoby chore. Grace, nie skreślaj mnie tylko dlatego, że mi płacisz za rozmowę.
-Zaburzenia afektywne?-zapytałam.
-Objawia się to często zmianami nastrojów, zachowania maniakalne i hipomaniakalne, epizody depresyjne.-odpowiedział.
-A ja mam tylko depresję i zaburzenia odżywiania?
-Wiem, że chcesz się ze mną drażnić.-uśmiechnął się.-Nie tylko, myślę, że masz problemy z okazywaniem uczuć, dlatego wystąpił u ciebie epizod samookaleczania oraz wymioty. Grace, twoja "umiejętność" duszenia w sobie emocji wcale nie jest taka pozytywna jak myślisz, to jest po prostu nie prawidłowe funkcjonowanie.
-Pozwól, że sama zadecyduję czy to jest prawidłowe czy nie. Ja się lepiej czuję, kiedy nie czuję.
-Nie czujesz się lepiej na dłuższą metę. Wymiotujesz, tniesz się - to nie minie, takie rozwiązanie zawsze będzie w twojej głowie, kiedy tylko poczujesz, że musisz coś poczuć lub odwrotnie, będziesz czuła za dużo. Musisz mi zaufać, abym mógł ci pomóc, a nie ufasz nikomu.
Patrzyłam na mężczyznę, który siedział swobodnie w fotelu i oddychał wyjątkowo spokojnie mówiąc mi, jak bardzo popaprana jestem.
-Nie ufam ci, nie ufam nikomu i mam dobry powód ku temu.-powiedziałam zirytowana nastawieniem psychiatry.
-Nie mówię, że nie masz powodu, ale nie każdy jest taki.-odparł ocierając czoło swoją lewą dłonią.
-Jaki? Niegodny zaufania? Raniący? Egoistyczny? Narcystyczny? Samolubny? A może masz na myśli, że nie każdemu zależy na tolerancji przez ludzi otaczających ich? Otóż z własnego doświadczenia wiem, że ludzie lubią być w kole zainteresowania, zrobią wszystko, by być "popularnym", zostawiają na tygodnie przyjaciół na lodzie, bo chcą poszaleć na imprezie i nie raczą napisać nawet głupiego sms'a.-wstałam ze sofy rozdrażniona.
Ubrałam kurtkę na plecy, wyjęłam z kieszeni od spodni 100 dolarów i wyszłam z gabinetu czym prędzej, słysząc ostatnie słowa psychiatry: "Grace wracaj, godzina jeszcze nie minęła." Nie wróciłam tam, nie potrafiłam. Potrzebowałam powietrza, bo tam już było go za mało, dusiłam się mimo, iż nie znajdowałam się w pomieszczeniu z samym dwutlenkiem węgla. Byłam na świeżym powietrzu, a jednak moje puca zachowywały się, jakby zapomniały jak się oddycha.
Ruszyłam przed siebie, mijałam ludzi, którzy się uśmiechali szeroko otoczeni ludźmi, którzy byli ważni dla nich, zastanawiałam się, dlaczego ja taka nie mogę być - szczęśliwa. Żałowałam, że nie miałam nikogo, komu ufałabym wystarczająco, aby rozmawiać z nim całkowicie szczerze, a ta osoba nie odwróciła się ode mnie, nie brała pieniędzy za rozmowy a także, sama rozmawiała ze mną ni ukrywając swoich problemów. Chciałam, aby ktokolwiek chciał być ze mną przyjaciółmi, jednak nie takimi, których bliska znajomość rozpadnie się po jakimś czasie, bo taka przyjaźń według mnie taka "przyjaźń" w ogóle się nie zaczęła.

*

-Kadecie George, może zechciałabyś poprowadzić dzisiejsze biegi, a następnie zajęcia rozciągające?-zapytała mnie sierżant Hunge, która uwielbiała brać kobiety-kadetki, aby prowadziły zajęcia fizyczne.
Uśmiechnęłam się do kobiety i kiwnęłam głową. Stanęłam obok opiekunki, na samym przodzie, a za mną w dwuosobowych parach ustawiły się za nami, po kilku sekundach zaczęliśmy wszyscy biec do przodu.
Zajęcia fizyczne nie poprawiały mi humoru, to świeże powietrze wpływało na mnie tak, że czułam się wolna, mimo że wiedziałam, iż wolność jest przereklamowana i kłamstwem, to jednak dawało mi to takie cudowne złudzenie, że będzie lepiej. Wybieramy między martwieniem się a byciem niezależnym, między byciem uwięzionym w przeszłości a byciem wolnym. Obawiałam się, że Jake będzie chciał ze mną rozmawiać na zajęciach z samoobrony, więc po lekcji z sierżantem Hunge poszłam na siłownie, by ćwiczyć kardio.



There was a time when my world was filled,
with darkness, darkness, darkness.
And I stopped dreaming now supposed to fill it up, 
with something, something , something.
In your eyes I see the eyes of somebody I knew, 
before long long long ago.
But I'm still trying to make my mind up,
Am I free or am I tied up?
I change shapes just to hide in this place, 
but I'm still, I'm still an animal.
Nobody knows it but me when I slip yeah I slip.
I'm still an animal.
Był taki czas, kiedy mój świat był wypełniony,
ciemnością, ciemnością, ciemnością.
I przestałam marzyć, a teraz powinnam wypełnić tą dziurę,
Czymkolwiek, czymkolwiek, czymkolwiek.
W twoich oczach widzę kogoś, kogo znałam,
Dawno temu.
Ale nadal staram się myśleć pozytywnie.
Jestem wolna czy związana?
Zmieniam kształty, aby ukryć się w tym miejscu,
Ale nadal jestem zwierzęciem, nadal jestem zwierzęciem.
Nikt nie wie oprócz mnie, kiedy się potykam, tak, potykam się.
Nadal jestem zwierzęciem.


niedziela, 23 lutego 2014

6. Nie kochałam go, zwyczajnie zaufałam złej osobie, kolejny raz.

2 komentarze:
-Ostatnimi nocami nie mogę zmrużyć oka.-przyznałam.-Nie myślę o czymś szczególnym, aczkolwiek ile godzin próbowałabym zasnąć, sen nie nadchodzi, nawet kiedy położę się o dziewiętnastej.
-Na pewno nie myślisz o czymś konkretnym?-zapytał się psychiatra.
-Nie. Kiedy próbuję zasnąć, skupiam się na oddechu, więc nie mam czasu na myśli.
-W takim razie mogę ci przepisać jedynie tabletki nasenne, jednakże nie będą to duże dawki, byś nie mogła ich wykorzystać w możliwej kolejnej próbie samobójstwa.-zaczął przepisywać mi receptę.
-Czyli uważasz, że wcale mi się nie polepsza? Nie chcesz, abyś był odpowiedzialny?-spojrzałam na niego z dystansem.
-Osoby z problemami nigdy nie zdrowieją, czasem zdarzają im się gorsze dni, jak każdemu, tyle, że będziesz miała nie raz samobójstwo w myślach i nie chcę, abyś starała się zabić moimi tabletkami.
-Nie zapytałam o to.-mruknęłam.
-Grace, masz depresję, to nie jest przeziębienie, to nie minie od razu, tym bardziej, że nie masz żałoby, a zwyczajnie jesteś skrzywdzona przez ojca, tabletki słabo ci pomagają i nie potrafisz się na niczym skupić - tak, Grace, myślę, że wcale ci się nie polepszasz, że oszukujesz samą siebie i do tego później będziesz chciała znowu umrzeć i zamiast zadzwonić do mnie i porozmawiać, sięgniesz po coś, by się zabić.-odpowiedział patrząc na mnie poważnie.-Nie chcę być sądzony o to, że wypisałem ci receptą na silny lek nasenny, i że przeze mnie wylądowałaś w szpitalu lub 1,5 metra pod ziemią.
Wpatrywałam się znużona w mężczyznę. Na początku znajomości, polubiłam go, jednak teraz miałam chęć go walnąć, zwyczajnie za szczerość.
Westchnęłam głęboko.
-Nie oszukuję samą siebie, naprawdę od kilku dni jest mi lepiej. Mimo, że czuję się senna i nie mogę spać, to jednak w ciągu dnia, kiedy się uczę potrafię się skupić i nawet normalnie porozumiewać się z ludźmi.-powiedziałam.
-Nie mówię, że nigdy nie poczujesz się lepiej. Chciałem ci po prostu powiedzieć, że to nie jest takie łatwe, wydostać się z dołka. Depresja jest jak mgła, często otacza ciebie, ale czasem znika, by za chwilę powrócić. Ciesz się i korzystaj, że czujesz się żywsza, bo pewnie za niedługo powrócisz do swojego złego stanu.

*

Wiedziałam, że to co powiedział było prawdą, jednakże ciężko było mi przyjąć do świadomości jego słowa, bo nadal chciałam się łudzić, że pewnego dnia się obudzę bez depresji. Chyba każdy człowiek chce być szczęśliwy, nieważne z jakiego powodu, ważne iż chce być szczęśliwy, ludzie w depresji też tego chcą, nawet bardziej niż przeciętnie społeczeństwo. Kiedy byłam mniejsza, zawsze marzyłam, że kiedyś zostanę księżniczką lub baletnicą, teraz marzę, by choć na minutę być zadowoloną z siebie. Nie widzę w sobie zalet, nie widzę moim dobrych stron, co więcej mam chęć zacząć bić siebie, kiedy widzę moje odbicie w lustrze - powstrzymuję się od przemocy nad samą sobą, bo nie chce do samookaleczenia samej siebie.
Była noc, a ja nadal nie spałam, mimo że wzięłam środki nasenne, to jednak sen nie nadszedł. Dochodziła już piąta, więc za godzinę miała być pobudka, nie widziałam sensu w próbowaniu zasnąć, więc wyszłam z łóżka i ubrałam się w mundur. Po założeniu butów, związaniu włosów w kucyka, chwyceniu latarki, wyszłam z pokoju i zamknęłam je na klucz, który włożyłam do kieszeni.
Wymyśliłam, że pójdę pobiegać, bo i tak nie miałam co robić. Kiedy tylko wyszłam na zewnątrz, chłodne, nocne, świeże powietrze wypełniało moje płuca, spojrzałam na niebo, które zaczynało się przemieniać z czarnego na granatowy, gdzieniegdzie dostrzegłam ciemne, burzowe chmury. Spuściłam głowę na dół i rozejrzałam się, wyciągając latarkę ze spodni. Absolutna cisza, brak ludzi wokół, jedynie można było usłyszeć jak wiatr owija się wokół drzew, wyginając je w różne strony. Podeszłam do linii, z której zawsze startowaliśmy w biegach i zaczęłam biec spokojnym tempem.
Nie należałam do osób, które lubią ćwiczyć oraz biegać, jednakże teraz kiedy nie było dla mnie wyczynem i nie miałam zakwasów na drugi dzień z powodu aktywności fizycznej, robiłam wszystko co aktywne, to mnie uspokajało.
Świeciłam latarką pod nogi, bym nie zahaczyła o żaden korzeń czy coś podobnego. To, że zostałam "pracownikiem" Boga, nie robiło ze mnie maszyny, nadal byłam niezdarna, tak jak za bycia tylko dzieckiem jednego z większych tyranów na świecie. Moja przeszłość mnie bolała, tym bardziej, że nie mogę się jeszcze odciąć o mojej rodziny, szczególnie od mojego ojca.
Nawet nie wiem skąd, ale pojawił się przy mnie Thomas, sam, bez swoich kumpli. Biegnąc obok niego, czekałam w ciszy na jakąś reakcję z jego strony, jednakże chłopak zwyczajnie biegł przed siebie i czasem na mnie zerkał. Biegliśmy dłużą drogą niż na zajęciach, więc to było aż 10 kilometrów, kiedy dotarliśmy do szkoły, kadeci już nie spali i robili rozgrzewkę po bieganiu. Zatrzymaliśmy się przed opiekunem, który zazwyczaj prowadził nasze biegi.
-Gdzie byliście, kadecie George i kadecie Watson?-wyprostowaliśmy się słysząc głos porucznika.-Spocząć.-rozkazał, więc złożyłam ręce do tyłu, a Thomas to przodu.
-Wstałem wcześniej, bym mógł przebiec więcej kilometrów, sir!-odpowiedział chłopak.
-Ja także, sir!-oznajmiłam.
-I biegaliście razem?-dopytywał się.
-W połowie drogi się spotkaliśmy, sir!-odpowiedziałam.
-Idźcie na lekcję, kadecie George i Watson.-rozkazał, na co ustaliśmy i udaliśmy się na siłownie.
Wchodząc do siłowni, w drzwiach przepuścił mnie Watson, na co byłam zaskoczona, bo wcale się nie spodziewałam po nim, że ma jakiekolwiek maniery - kiedy usłyszałam o tym jak pobił brata Dracona, spodziewałam się, że w ogóle go nie wychowano.
Wszystkie oczy na nas się zwróciły, kilka osób nawet zagwizdało, co mnie przerażało biorąc pod uwagę, że myśleli o mnie i Thomasie, że coś nas łączy - to było obrzydliwe. Nie patrząc na nikogo, niosąc na mojej twarzy maskę zeru emocji, poszłam do szatni. Otworzyłam moją szafkę, która zawierała granatowe spodenki do kolan oraz białą bokserkę i czarne tenisówki, po minięciu trzech minut byłam już przebrana. Wyszłam z szatni i podeszłam do grupki osób z drugiej klasy, która stała przed opiekunem samoobrony.
-Kto jako pierwszy zmierzy się dziś z Jake'm?-zapytał opiekun wskazując na szatyna o ciemnym kolorze skóry.
Nikt nie chciał się siłować z młodym mężczyzną, biorąc pod uwagę, że był znakomity w stłuczeniu komuś tyłka, a ludzie raczej nie lubią być posiniaczeni. Każdy patrzył po sobie, czekając na kogoś, kto się zgłosi. Nie byłam chętna, by bić się z moim nowym kolegą, więc nawet do głowy mi nie wpadło, by się zgłosić.
-Skoro i tak nikt z was nie ma odwagi się zmierzyć z Jake'm, sam wybieram.-powiedział opiekun.-Daisy.-wskazał na drobną szatynkę, która również przeskoczyła rok do góry, jak i ja.
Dziewczyna wyszła z szeregu, weszła na matę i uśmiechnęła się wesoło do Jake'a, wiedziałam, że on i ta szatynka się spotykają, jednak nie spodziewałam się, że dziewczyna tak szybko go powali na ziemię. Większość z nas, stojących w szeregu zaczęła bić brawo, a Jake podał rękę Daisy w uścisku dobrej walki, która walką nie była, biorąc pod uwagę, że ledwo co weszli na matę a on od razy leżał - podejrzewałam, że dał jej wygrać, ale nie chciało mi się w to wierzyć.
-To idealny przykład jak pokonać napastnika, ale najgorszy by pokazać walkę.-powiedział do nas opiekun.-Jeszcze raz i dajcie sobie szansy, okay?-zwrócił się do dwójki kadetów, którzy kiwnęli głowami.
Dwójka nastolatków odsunęła sie od siebie o dwa kroki. Walka zaczęła się znowu szybko, ale tym razem nie skończyła się błyskawicznie. Daisy starała się przewrócić Jake'a na bok, a ten próbował zwalić ją z nóg, skończyło się na tym, że tym razem Jake triumfował.


*

-To o co ci chodzi?-zapytałam wpatrując się w zezłoszczonego Jake'a.
-O nic, wiesz.-był wściekły na mnie z jakiegoś powodu.
-Nie jestem wróżką, oświeć mnie.
-Ciągle wyciągasz wątek o Daisy.-wyjaśnił zirytowany.-Ona mnie zostawiła, okay, nie spotykamy się ze sobą od kilku dni.
-Mówiłam ci, że miłość nie istnieje.-mruknęłam do niego.-Mam kolejny przykład na to.
-Boże! Jesteś taka infantylna!-machał wściekły rękoma nad swoją głową.
-Och, a ty to taki dorosły!-wstałam z maty w siłowni.
Było już późno, nikogo nie było na siłowni, oprócz mnie i Jake'a. Chłopak miał okropny humor i się wyżywał na mnie, co nie było jakieś super zaskakujące.
-Myślałem, że jesteś inna!-mierzył mnie despotycznie.
-Za to ty jesteś taki jak wszyscy inni!-wykrzyczałam oburzona.-Jesteś tak samo egoistyczny, samolubny i do tego plotkarski. Nie powinnam była ci zaufać!-krzyknęłam na samo wspomnienie nocy z kilku dni, kiedy powiedziałam mu o moich problemach.-Nawet nie wiem dlaczego jestem zawiedziona, nie powinnam niczego innego się spodziewać po tobie, jesteś człowiekiem.
Moje oczy zaczęły się szklić, więc nie chcąc pokazać Jake'owi jak bardzo mnie zranił, wybiegłam z sali gimnastycznej. Błyskawicznym krokiem wbiegłam w las, biegłam dopóki nogi zaczęły zahaczać o żwir i korzenie drzew. Zatrzymałam się na środku drogi, po czym rozejrzałam się po okolicy. Zaczęło się już ściemniać, jednakże nie mogłam wrócić do kampusu, nie w tym stanie; stanie, który był odbierany przez ludzi oraz mnie, jako słaby, jako beznadziejny. Płakałam żałośnie, pozwoliłam sobie na to, wiedząc, że jestem oddalona od Akademii aż o 6 kilometrów. Wolnym krokiem zeszłam z dróżki i poszłam w prawo, w las. Minęłam kilka drzew i rozsiadłam się za grubym, liściastym drzewem, które ukryło moją postać, tak by nikt nie zauważył mnie.
Czułam się okropnie. Myślałam, że jestem już odporna na ciosy, które zadają ludzie, ale myliłam się; cierpiałam, tylko dlatego, że zaufałam człowiekowi, mimo że wiedziałam, iż nie powinnam tego zrobić. Nieświadomość dlaczego jego odepchnięcie było tak bolesne, przerażało mnie. Nie kochałam go, zwyczajnie zaufałam złej osobie, kolejny raz. Byłam bezsilna i nienawidziłam tego uczucia. Nie wiedziałam co robić.



I find shelter in this way.
Under cover, hide away.
Can you hear when I say,
I have never felt this way?
Maybe I had said something that was wrong.
Can I make it better with the lights turned on?
Znalazłam schronienie na tej drodze.
Pod osłoną, ukryta daleko.
Czy słyszysz mnie,
Kiedy mówię, że nigdy nie czułam czegoś takiego?
Może powiedziałam coś złego.
Mogę naprawić to ze światłami włączonymi?


Moje dłonie idealnie opanowały sytuacje, na mojej twarzy, co kilka sekund ścierały łzy, abym nie musiała myśleć o tym. Nie nosiłam makijażu często, więc martwienie się o tusz to nie był mój problem, nie byłam fanką nakładania "tapety", mimo że nie byłam piękna.
Chciałam się zwierzyć komuś, ale nie miałam nikogo i nie byłam pewna czy kogoś chcę mieć. Przyjaciele czy bliscy ranią, w pewnym momencie każdy się od ciebie odwróci, by najmniej ode mnie często się odwracają. Nie mówię, że nie ponoszę winy za moje problemy z ludźmi, też winię w pewne sposoby, często tutaj chodzi o to, że kiedy kłótnia się zaczyna, nie mam zamiaru jej przerwać, co więcej wyrzucam wszystko z siebie, co prowadzi do kolejnej kłótni. Pragnęłam spokoju, ale on nigdy nie nadchodził, najwyraźniej po to życie jest, po to, by ciągle tkwić w chaosie.
Moje usta drgały z powodu zgromadzonych uczuć, a łzy przestały lecieć. Moje emocje zaczęły opadać, a pustka w umyśle jaka nastała, była przyjemna. Na zewnątrz było już ciemno, jednakże znałam już drogę do Kampusu wystarczająco dobrze, by trafić tam z zamkniętymi oczami, więc nie przeszkadzało mi, aby wrócić do budynku bez latarki.

czwartek, 20 lutego 2014

5. Każdy mówił o mnie, nie do mnie i to bolało.

2 komentarze:
Nie komentując nikogo ani sytuacji, które się wydarzyły, szłam korytarzem na lekcję angielskiego, z którego byłam świetna. Nawet nie chciało mi się patrzeć na tych młodych dorosłych, którzy obgadywali mnie za plecami i to nie było tak, że miałam paranoję, oni naprawdę szeptali sobie na uszy kiedy mnie tylko zobaczyli i gapili się jakbym miała zieloną twarz. Myślałam, że pokonanie Thomasa da mi choć trochę swobody, a chociażby odpoczynek od widzenia tych wszystkich plotkarskich ust - przeliczyłam się. Każdy mówił o mnie, nie do mnie i to bolało. Army Academy nie różniła się w ogóle od innych liceów czy uniwerków, tutejsi uczniowie byli równie niedojrzali jak w innych szkołach, to co było inne to mundurek, bo musiałam nosić spodnie zamiast spódnicy. Nauczyciele, którzy tutaj uczyli przede wszystkich stawiali na to, aby nas nauczyć jak reagować na różnych misjach, w różnych sytuacjach zagrażających nasze życia. Języki, których się uczyliśmy, nie polegały na poznawaniu nazw dań czy przedmiotów, to były słowa, które powinny się przydać na misjach czy w negocjacjach z różnymi osobami, więcej uczyliśmy się czytać i wymowy niż samej pisowni. Mieliśmy też dwie lekcje w tygodniu, które były typowo przygotowujące do samoobrony w ręcz. Wszystkie zajęcia siłowe i bieganie były dla mnie "pryszczem", nie miałam zakwasów na drugi dzień, jako jedyna z pierwszaków. Od kiedy pokonałam Thomasa na biegi, przenieśli mnie do klasy wyżej z zajęć siłowych i biegowych, jako jedyną z "kotów", tylko języki miałam zaliczyć i na koniec lutego miałabym zacząć 2 semestr całkowicie z drugą klasą, co było nawet zadowalające.
Kiedy na lekcji samoobrony powaliłam o rok starszego chłopaka, o czarnym kolorze skóry, który nazywał się Jake, nie mogłam nie zauważyć jak patrzył na mnie, uśmiechnął się do mnie, następnie podał mi rękę, bym go podniosła, co zrobiła odwzajemniając uśmiech.
-Jake.-przedstawił się na koniec zajęć.
-Grace.-zerknęłam na niego idąc do wyjścia.
-Wyjdziesz ze mną i moimi kolegami na pizzę jutro?-zapytał chłopak, jako że jutro miała być sobota.
Byłam lekko zaskoczona, że ktoś mnie zaprosił na wyjście z Akademii, jednakże nie mogłam przełożyć wizyty u psychiatry.
-Umm.. Może po południu, na rano jestem już umówiona.-oznajmiłam..
-No to do zobaczenia o 15 w Domino's pizza, w Willison.-kiwnął do mnie głową i odszedł do swoich kolegów.
Przez moment stałam w miejscu nie mogąc uwierzyć, że ktoś mnie zaprosił, by wyjść stąd, jestem tutaj od 4 tygodni i po raz pierwszy zostałam zaproszona na jakiś wypad. Po kilku sekundach otrząsnęłam się i ruszyłam na kolejną lekcję, język hebrajski, który wcale aż tak bardzo się nie różnił od arabskiego, wydawały mi się równie trudne, jednak to francuskiego najbardziej nie lubiłam, wolałam angielski i hiszpański; nie brałam żadnego dodatkowego języka, wolałam poczekać do 2 klasy, gdzie obowiązkowy już jest jeszcze odłam chińskiego.

* Następnego dnia *

Obserwowałam młodych mężczyzn i dwie dziewczyny, którzy jedli pizzę, rozmawiali o czymś co nie było szczególnie interesujące i pili alkohol w jakimś bunkrze, mieliśmy iść na pizzę, do pizzerii, a nie do bunkru, by nachlać się. Żałowałam, że przystałam na zaproszenie Jake'a.
-Co tak siedzisz z dala od nas?-podszedł do mnie Jake.
Spojrzała na chłopaka, który miał już w sobie kilka piw.
-Nie myślałam, że to będzie takie spotkanie, w sensie alkohol i tak odlegle.-mruknęłam obserwując nastolatków.
-Co miało znaczyć odlegle?
-To, że tutaj nie pasuję, nigdzie nie pasuję.-odpowiedziałam.-Nigdzie nie mogę się wpasować.-popatrzyłam na chłopaka.-Nienawidzę alkoholu, a także nie jadam mięsa, co byś wiedział gdybyś zapytał, kiedy zamawiałeś wszystkie pizze.
Szatyn uśmiechnął się.
-Nie pomyślałem.-przyznał.-Nie musisz pić, ale możesz się bawić, zaraz ma do nas dołączyć Clara i przyniesie jakieś sałatki oraz muzykę do tańca. Będziemy się bawić. Chodź, chociaż trochę ich poznasz.
Ruszyłam za młodym mężczyzną do grupki jego znajomych. Właśnie rozmawiali o tym, że Thomas planuje jaką akcję, by się odegrać na mnie za to, że go niby upokorzyłam. To było żałosne. Zachowanie tego Thomasa było co najmniej dziecinne.
-I co zrobisz?-zapytała jakaś blondynka.
-Nic na razie. Najpierw chcę zobaczyć co przygotuje i wtedy jakoś zadziałam, ale nie spieszy mi się.-odpowiedziałam, na co inna dziewczyna się zaśmiała.
-Wiesz, że on nie żartuje, jeśli chodzi o biegi? To jest jedyna rzecz w akademii jaka mu wychodzi idealnie. Ogólnie chłopak ma coś ze sobą źle poukładane, on chce być najlepszy we wszystkim. Zjawiłaś się ty, nic nie starając się, zajmujesz jego miejsce w biegach, to się chłopak wkurwił.-Jake miał coś do Thomasa więcej niż Thomas do mnie.-Opowiedz jej Dracon.-powiedział do kolegi o blond włosach.
-Kiedyś na zajęciach z samoobrony mój brat go powalił, na co się nieźle wkurzył, podobno tydzień później zaatakował go pod prysznicem z kolegami i wylądował na pięć tygodni w szpitalu, bo miał połamane 3 żebra i ogólnie był nieźle pobijany. Rodzice przenieśli go do West Point, mnie też chcieli, ale powiedziałem im, że już tutaj nawiązałem przyjaźnie i nie chcę, więc mnie pozostawili w spokoju.
-Pobił go, tylko dlatego, że powalił go na zajęcia?-spojrzałam nie dowierzając na chłopaka, na co on kiwnął głową.-Świr.-mruknęłam do samej siebie.-Mimo wszystko wątpię, aby mnie pobił, chyba nie bije się dziewczyn, jeśli nie są zajęcia, prawda? Jeśli się uderzy, to zostaje się wydalonym.
-Thomas nie obawia się niczego.-powiedział Jake.
-Jego ojcem jest jeden z wyżej postawionych wojskowych, więc go nie wydalą, co najwyżej dostanie upomnienie.-powiedział mężczyzna, którego brat został pobity.


*

Wracając do pokoju, natknęłam się na kolegów Thomasa, którzy z ogromnymi uśmiechami na ustach, przywalili mi z barów, tak mocno, że o mało nie straciłam równowagi. Kiedy odeszli ode mnie, nie obejrzałam się, po prostu ruszyłam z wysoko podniesioną głową przed siebie, do mojego lokum.
To było dziecinne, że niby co, miałam się ich bać? Jedną ręką pokonałabym obu dzięki moim mocom, więc raczej nie obawiałam się ich, wręcz chciałam im się wyśmiać w twarz. Mimo wszystko, od czasu, kiedy próbowałam się zabić i cała złość ze mnie uszła, przestałam być tak bardzo wściekła na wszystkich i coraz rzadziej chciałam walczyć o swoje. Wiedziałam, że cokolwiek zrobię, będzie źle i nie ma żadnego sensu się bić, skoro i tak nie zmienię świata. Zdecydowałam się, że zmienię siebie: ze wściekłem i zniecierpliwionej na taką, która ma wyjebane i z wielką radość nie angażuje się w życie.



I'm giving up on everything. 
Because you messed me up.
Don't know how much you scrude it up. 
You never listened. 
That's just too bad, 
Becasue I'm moving on. 
I won't forget. 
You were the one that was wrong, 
I know I need to step up and be strong.
Rezygnuję ze wszystkiego.
Ponieważ spieprzyłeś mnie.
Nie wiesz jak mocno spierdoliłeś.
Nigdy nie słuchasz.
To źle,
Bo ruszam naprzód.
I nie zapomnę,
Że to ty byłeś tym, który się mylił.
Wiem, że muszę ruszyć i być silna.


Ojca reakcja po tym, jak próbowałam odebrać sobie życie, była paskudna, ale można była się takiej spodziewać. Mój ojciec ma syndrom "wszystko się kręci wokół mnie" i kiedy przyjechał z moją rodzicielką do szpitala, zapytał się mnie: "Czy chcesz, aby ludzie o mnie źle mówili? Czy naprawdę chcesz, żeby wszyscy ludzie myśleli, że jest coś z naszą rodziną nie tak? Chciałaś mojej uwagi, tak?! Tylko o to tutaj chodzi!" Mój ojciec mnie złamał, następnie kilkadziesiąt razy słyszałam z jego ust: "Dlaczego nie jesteś taka jaka była mała? Gdzie się podziała moja słodka, uśmiechnięta i wesoła dziewczynka?" No więc odpowiedź jest prosta, ojcze, złamałeś mnie. On mnie złamał, chyba nie rozumiecie znaczenia tego słowa. On czysto filozoficznie pokroił mnie na kawałki, moja psychika jest zrujnowana, nie wiem kim już jestem i boję się ufać ludziom, bo mnie po raz kolejny raz skrzywdzą. On mnie złamał, a teraz chce odzyskać swoją "córeczkę"?! Ha! Zabawne.
Mój humor nie był dobry, miałam chęć się rozpłakać, ale nie potrafiłam wycisnąć z siebie łez, nie mogłam pozwolić komukolwiek zobaczyć, że jestem słaba.

poniedziałek, 17 lutego 2014

4. Powiedziałem, abyś przyspieszyła!

3 komentarze:
Rozejrzałam się po sali, w której było dokładnie 13 osób, wraz z psychiatrą i mną, wszyscy siedzieliśmy na składanych krzesełkach w okręgu. Obserwowaliśmy siebie nawzajem, a by najmniej ja ich bacznie obserwowałam. Na trzynaście osób były tutaj: 2 dziewczyny i jeden chłopak z zaburzeniami odżywiania, 3 chłopaków i 2 dziewczyny z myślami samobójczymi oraz 2 osoby w depresji, i jeden chłopak, który się ciął, był jeszcze rzekomo zdrowy psychiatra, no i ja, zaliczałam się do wszystkich grup. To co każdego z nas łączyło to nienawiść do samych siebie, nienawiść do świata i niemoc z porozumieniem się z innymi ludźmi.
-Andrea, może opowiesz nam o swoim tygodniu?-zaproponował psychiatra jednej z dziewczyn, z problemami odżywania.
Blondynka wzruszyła swoimi kościstymi ramionami i spojrzała na każdego po kolei z nas pozostałych.
-Moi rodzice pilnują mnie jak psa.-powiedziała zirytowanym tonem.-Nie mogę iść do ubikacji i zamknąć drzwi.
Psychiatra spojrzał na nią i zapytał.: "Nie sądzisz, że mają powód, by cię pilnować?"
-Nie.-odpowiedziała.-Nie ważne co zrobią i tak będę wymiotować, głodzić się. Oni mnie nie rozumieją, nikt nie rozumie mnie.
-Może wyjaśnij nam, abyśmy zrozumieli.-ciągnął z nią rozmowę Joey.
-Po co? I tak mnie nie pojmiecie.-mruknęła.
-A może sama siebie nie rozumiesz i nie potrafisz nam sama wyjaśnić siebie?-chciał rozmawiać z nią dłużej, ale dziewczyna o dużych, brązowych oczach już się nie odezwała.-No dobrze, Andrea czuje, że nikt jej nie rozumie. Podnieście ręce, kto też tak czuje.-powiedział do nas.
Większość osób podniosło ręce, w tym i ja. 
-Widzisz, każdy myśli, że świat go nie rozumie, ale jest inaczej, na świecie są osoby, które każdego z was zrozumieją, nie każdy, ale ktoś na pewno.-powiedział do nas wszystkich.
-Jakieś propozycje?-zapytał jeden z chłopaków z myślami samobójczymi.
-Słucham?-zwrócił się ku pytającemu Joey.
-Jakieś propozycje ludzi, którzy nas zrozumieją i nie ocenią nas, ani też nie będą nas podpuszczać, byśmy się ranili. Ja nie znam nikogo normalnego, kto by zrozumiał i nadal chciałby się kolegować ze mną.
-Jeśli ktoś cię nie rozumie, to nie jest twoja wina, to jest ich, że są tacy ograniczeni.-odezwałam się.-A ludzie ograniczeni umysłowo nie są normalni. Normalni ludzie, kiedy dowiadują się co w tobie gra, nie odwracają się od ciebie, a wręcz próbują ci pomóc. Zgodzę się z tym, że jeszcze nie spotkałam w swoim życiu normalnego człowieka, bo każdego kogo poznałam, odwrócił się ode mnie. 
-Wniosek jest taki, że jeśli chcesz mieć przyjaciół musisz ukrywać swoje problemy.-powiedziała druga dziewczyna z zaburzeniami odżywiania.
-Ale przyjaciele, którzy nie wiedzą, że masz problemy to nie przyjaciele, to nawet nie koledzy.-powiedział chłopak, który się tnie.
-Dlatego najlepiej jest się zabić i już nie mieć takich problemów.-powiedział chłopak z myślami samobójczymi o ciemnych włosach.
-Jeśli chcesz się zabić, to zrób to, ale mi nie narzucisz terminu kiedy to zrobię.-odezwał się ostro drugi chłopak z takimi samymi problemami.
-Ej!-krzyknął psychiatra, co zatrzymało rozpoczynającą się awanturę.-Nie można tutaj namawiać kogokolwiek do samobójstwa, wręcz trzeba pokazać, że są inne wyjścia. 
-Ale nie ma innych wyjść.-powiedziała żałośnie dziewczyna, która już nie raz chciała się zabić.
-Są inne wyjścia, Katie.-oznajmił Joey.
-Jakie?-zapytałam.
-Wyzdrowienie z chorób psychicznych.-odpowiedział patrząc na każdego z nas.
-To nie takie proste.-powiedział chłopak z zaburzeniem odżywania.
-Jake, nic nie jest proste, ale musimy się postarać wyzdrowieć, by żyć dalej. Są dwa wyjścia, wyzdrowieć albo umrzeć. Mimo, że teraz widzicie wszystko w czarnych barwach, to możliwe, że jutro wszystko się przejaśni i powiecie, że warto było chwilę pocierpieć.-psychiatra walił jakieś pierdoły.
-Z doświadczenia wiem, że jeśli gówno nas spotkało, to smród za nami ciągnie się do końca naszego życia.-powiedziałam bez cenzury, co wprowadziło niektórych w śmiech.

*

-Jeśli chcesz znaleźć kogoś bliskiego w Army Academy, zacznij uczestniczyć na zajęciach, wyróżniaj się, pokaż im, że zasługujesz na szacunek a nie szepty za plecami.-rzekł do mnie Dyrektor.
Mierzyłam starca wzrokiem, który był pełen niechęci.
-Jeśli chcesz.-powtórzył.
-No właśnie nie wiem czy chcę tam znaleźć kogoś bliskiego. Średnio dogaduję się z ludźmi, więc wątpię, aby ktokolwiek byłby zainteresowany rozmowami za mną, które nie będą błyskotliwe. Kiedy rozmawiam z ludźmi, jestem skrępowana i nie mogę wydusić z siebie ani jednego słowa, które chciałabym powiedzieć. Nie chcę zostać oceniona.-mamrotałam pod nosem.
-Oni teraz też cię oceniają, ale gorzej niż zasługujesz. Uważają, że nie nadajesz się tam, tak jak twój ojciec, który chciał zrobić ci na złość wysyłając cię do tej szkoły. Postaraj się.
I to było na tyle mojej pogawędki z Bogiem, obudziłam się, czyli Dyrektor wyprosił mnie z Wariatkowa. Czasem nie chciało mi się wierzyć, że naprawdę rozmawiam z Bogiem.
Nie minęło nawet pięć minut, a po chwili ktoś zaczął grać na trąbce, aby wszystkich obudzić, mimo, że już nie spałam, miałam chęć krzyczeć. Kiedy śpimy i przenosimy się umysłami do innej krainy, tam nie ma czasu, wszystko ciągnie się w nieskończoność, gdzie tam mija godzina, na Ziemi minęły dopiero 4 sekundy. Takie przenoszenie się umysłem do innej krainy, zastanawia mnie czy na pewno to nie istnieje, a może ktoś nam uniemożliwia zostania tam, ale to nie oznacza, że ta kraina ze snów nie istnieje.
-Wstawaj!-ktoś krzyknął głośno zza drzwi i puknął mocno w moje drzwi.
Westchnęłam i szybko wyskoczyłam z łóżka. Uczesałam włosy w kucyk i błyskawicznie ubrałam się w zielony kombinezon z niebieskimi dodatkami. Miałam chęć zostać w łóżku, ale tutaj nie było czegoś takiego, albo uczestniczenie w zajęciach fizycznych z grupą, albo cały dzień na kuchni; mimo, że lubię gotować, tutejsze bycie w kuchni to nie jest gotowanie a latanie ze szmatą po całej kuchni i dbanie o porządek, nie raz niektórzy kadeci zostali ukarani przez swoją niesubordynację i spędzali nawet tydzień na kuchni i na akademi sprzątając łaźnie i sale treningowe.
-Kadecie George przyspiesz!-krzyczał obok mnie o dwa lata starszy kadet.-To nie jest obóz odchudzający czy inne badziewie, to Army Academy, tutaj się biega a nie truchta!
-Przymknij jadaczkę.-mruknęłam pod nosem, nie przyspieszając.
Chłopak usłyszał moje mamroczenie.
-Powiedziałem, abyś przyspieszyła!-krzyknął nieugięty.
Spojrzałam na niego krzywo.
-A będziesz się ze mną ścigał?-zapytałam.-Jak najszybciej? Sir.
-A nadążysz, kadecie George?
-Sam zobaczysz, ale chcę się o coś założyć, jeśli będę szybsza, sir. Jeśli wygram, odczepisz się i dasz mi biegnąć z tyłu.
Uśmiechnął się pod nosem niczego się nie spodziewając i wskazał dłonią, bym pobiegła przed nim.
-Dam ci chwilę przewagi.-zaśmiał się blondyn z wyższością.
Starając się nie uśmiechnąć, wyprzedziłam go i pozostałych. Stawiałam długie i szybkie kroki, więc dość szybko i bez większego wysiłku przebiegłam błyskawicznie 6 kilometrów. Jak można było się domyśleć, starszy kadet próbował mnie wyprzedzić, ale nie na długo cieszył się miejscem przede mną. Wyprzedziłam go o 10 sekund i z wielkim uśmiechem na ustach spojrzałam w jego zaskoczoną twarz.
-Miło się biegło, Sir!-krzyknęłam z oddaniem szacunku i po chwili odeszłam od chłopaka, jednakże nie na długo się cieszyłam samotnością.
Kadet podszedł do mnie i idąc ze mną przyglądał się mi uważnie.
-Jak to zrobiłaś?-zapytał.-Pokonałaś mnie.
Stanęłam w miejscu i rzuciłam mu mój najbardziej ostry wzrok. Założyłam dłonie na biodra.
-Że niby co, gruba dziewczyna nie może pokonać cię w biegu? Przeliczyłeś się myśląc, że nie umiem biec szybko i z wielką radością ci pokazałam, że się mylisz.-powiedziałam.-Jestem szybka i żal ci, że pokonała cię dziewczyna, do tego gruba.
-Nie jest mi żal.-mruknął.-Nikt mnie nie pokonał w biegu odkąd tutaj jestem, urodziłem się i zacząłem biegać od razu, więc chce wiedzieć jak to możliwe, że pokonałaś mój czas.
-Normalnie.-pokiwałam głową zirytowana.
Kiedy pozostali kadeci do nas dołączyli po swoim spokojnym biegu, przypatrywali się nam z niedalekiej odległości.
-A teraz jeśli nie masz nic mi do zarzucenia, pójdę na siłownie, bo mam zajęcia, sir.-oznajmiłam.
Blondyn patrzył na mnie groźnie i kiwnął jednoznacznie głową. Obróciłam się na pięcie i prostym krokiem poszłam w stronę akademii.
Wiedziałam, że jego duma została naruszona, wiedziałam, że będzie chciał się odegrać na mnie, jednakże myśl, że ujawnię się z nadnaturalną szybkością była dla mnie niezbyt ciekawą myślą. Teraz wszyscy będą o mnie myśleć jak o grubasce, która pokonała Thomas'a, najlepszego biegacza w Army Academy, a nie o grubasce, która nie uczestniczy w zajęciach - żadne z tych nie jest ciekawe. Obawiałam się co zrobi blondyn z tym, że jestem szybsza niż on, byłam już przygotowana na nieprzyjemności z jego strony i jego kolegów. Nie chciałam bawić się w jakieś gierki, polegające na nieumileniu życia w Akademii, tylko z powodu zranionej dumy faceta.



I don’t wanna play this game no more.
I don’t wanna play it.
I don’t wanna stay round here no more.
I don’t wanna stay here.
Like rain on a Monday morning.
Like pain that just keeps on going on.
Look at all the hate they keep on showin.
I don’t wanna see that.
Look at all the stones they keep on throwin.
I don’t wanna feel that.
Like sun that will keep on burning.
And I used to be so discerning.
Nie chcę grać w tę grę już więcej.
Nie chcę grać w to.
Nie chce grać ani jeszcze jednej rundy.
Nie chcę zostać tutaj być.
Jak deszcz w poniedziałkowy ranej.
Jak ból, który ciągle się czuje.
Spójrz na tą nienawiść, którą oni ciągle ukazują.
Nie chcę tego widzieć.
Spójrz na te kamienie, które rzucają.
Nie chcę tego czuć.
Jak słońce, które ciągle promieniej.
A ja przywykłam do bycia bystrą.


Wolałabym skupić się na uczeniu się języków, których jest mnóstwo, a łatwe nie są. Nie jestem fanką przedmiotów ścisłych, jednakże głowy do języków nie mam aż takiej dużej. W akademii jest 7 języków, obowiązkowe jest 5, pozostałe dwa bierzesz jeśli chcesz: język niemiecki, angielski, arabski, hebrajski, hiszpański, łacina i odłam chińskiego. Lekcje trwały od 8 do 17, przerwy są 20 minutowe, co jedną godzinę. Mimo, że jest dużo języków, których trzeba się nauczyć, to jednak więcej uwagi mamy poświęcać na ćwiczenia, by mieć dobrą formę. Army Academy zobowiązuje każdego kadeta, który skończy trzecią klasę, by pojechał na choćby jedną turę na wojnę. Wiedziałam, że ojciec chciał mi pokazać, że ma nade mną władzę; wiedziałam, że chciał mnie tym sposobem ukarać, jednakże mimo wszystko, nie widziałam tutaj aż takich złych stron, dzięki wojsku dostanę się na każde studia za darmo i do tego po jednej turze za granicą, wojsko także zainwestuje w moje mieszkanie; mieszkanie, które nie będzie zależne od mojego ojca.

niedziela, 16 lutego 2014

3. Mój ojciec niszczy piękno w ludziach.

2 komentarze:
Army Academy nie prezentowała się źle, jednakże nie zmieniało to faktu, że nie chciałam tutaj być. Ojciec chciał, abym nabrała ogłady, jakbym jeszcze nie miała.. To on nie potrafi sie zachować, stary alkoholik, który bije rodzinę i awanturuje się codziennie, były wojskowy. Śmiać mi się chce, że takiego kogoś mieli w szeregach.
Po całym terenie należącym do Army Academy oprowadzał mnie sam dyrektor, a chłopaków, których mijaliśmy podnosili prawą dłoń do czoła wyprostowani. Do terenu należącego do AA, należało: ogromne boisko do gry piłki nożnej, bieżnia, dwie siłownie, ogromny budynek z pokojami dla kadetów, jadalnia z mnóstwem krzeseł i stołów, kuchnia, do której nie można wchodzić i lasy, w których kadeci biegają codziennie kilka razy. Miałam być "kotem", co oznaczało, że dostanę największy wycisk jaki w życiu widziałam.
-Jesteś tutaj, kadetko George?-zapytał mężczyzna, który zarządzał tym miejscem.
-Tak?-spojrzałam niepewnie na starca.
Jego wzrok mówił mi, że coś powinnam dodać, ale za cholerę nie wiedziałam, więc tylko patrzyłam na niego zmieszana.
-Teraz ci podpowiem, ale nigdy więcej.-uprzedził.-Jeśli ktoś jest wyższy rangą od ciebie, nawet o rok, mówisz Sir na końcu, okay? I do tego przybrać formę godną tego.
Pokiwałam głową.
-Yes, sir!-nie chcąc zaśmiać mu się w twarz, szybko zrobiłam wyprostowaną sylwetkę i podniosłam rękę do czoła.
-Spocznij, kadecie George.-jego szorstki głos sprawiał, że chciałam stamtąd uciec.
Widziałam jak inni "spoczywali", więc nie trudno było mi skopiować to, obie ręce skrzyżowałam za plecami, ale tak, aby łokcie były widoczne i odstające od tułowia. Porucznik patrzył na mnie twardo.
-Pamiętasz drogę do swojego pokoju, w którym zostawiłaś bagaże?-zapytał.
-Tak, Sir.
-Więc idź tam i czekaj, aż ktoś zapuka do twoich drzwi, by wyjść na wieczorne bieganie, następnie kolację, a później, o 18 jest cisza nocna, więc będzie sprawdzanie pokoi, i abyś tam była, kadecie George.

*

Biegaliśmy 8 kilometrów, w uniformach o zielonych barwach, które był z bardzo nie wygodnego materiału. Ich miny, kiedy zobaczyli mnie, grubą laskę, która po przebiegnięciu  kilometrów nie spociła się ani nie dostała zadyszki, były zachwycające. Dostałam aż 6 uniformów, które musiałam sama prać, jeśli się zabrudzą; nie musiałam zgadywać, by wiedzieć, że ojciec je kupił - jaki to on wielkoduszny. Miałam chęć wepchać mu te jego pieniądze głęboko w gardło, by je połknął i się zakrztusił nimi. Jak ktoś taki niemoralny może mieć przyjaciół?!
Patrzyłam w przestrzeń jedząc kolację sama przy stole. Jadalnia była pełna nastolatków i młodych dorosłych, większość to byli mężczyźni, odkąd tutaj byłam widziałam z 10 dziewczyn, gdy w tym samym czasie osób na kampusie było 300 wraz z opiekunami. Jestem tutaj trzy dni i ciągle na kolacje są warzywa, owsianka lub kanapki z jajkiem, śniadania wcale lepiej nie wyglądają, a obiady mimo, że są smaczne, ciągle są to mięsa, a ja jestem wegetarianką, więc wyobrazić sobie można jak bardzo niechętnie proszę o inne danie kucharki, które patrzą na mnie wilkiem. Jutro weekend, idę na miasto poszukać psychiatry i będę chodzić zawsze w soboty na sesje - super. Jestem tutaj trzeci dzień i ani raz nikt do mnie nie zagadał, aczkolwiek mogłam przysiąść, że nie raz złapałam ludzi patrzących na mnie ukradkiem. Nie wiedziałam czy ja mam sama zagadać do nich czy oni sami do mnie podejdą. Nie chciałam szukać przyjaciół, miałam nadzieję, że sami mnie wyrzucą, dlatego zawsze przy biegach ciągnę się z tyłu, bez poceń i bez zadyszki, ale nie mogę powiedzieć o sobie, że wykorzystuję wszystkie siły przy ćwiczeniach i biegach. Czekałam aż mnie Porucznik wezwie mnie do siebie i powie, żebym pakowała swoje rzeczy, ale nic takiego nie nastało. Kiedy każą robić pompki czy podciągnięcia jeszcze bardziej się nie spieszę, chyba nawet pokonałam rekord w najwolniejszym tempie. Uwielbiałam udawać, że nie potrafię robić szybciej.
Wiedziałam, że kiedy na mnie patrzyli, zastanawiali się co ja tutaj robię i gdyby zapytali, pewnie bym powiedziała im szczerze, że mój ojciec to despota, który uwielbia gnębić innych i myśli, że osobiście jest bez skazy.
Po skończonym posiłku, odniosłam tacę i talerz do kuchni. Powolnym krokiem wyszłam z jadali i przez trzy długie korytarze doszłam do mojego pokoju. Zamknęłam drzwi na klucz za sobą i usiadłam na moim łóżku. Chciałam się zaleźć w miejscu, gdzie mogłabym być sama, a może nawet gdzie miałabym przyjaciół. Nie było dla mnie proste bycie samotnikiem, chciałam mieć przyjaciół, takich, z którymi mogłabym porozmawiać i nie czuć się odrzuconą przez nich, kiedy wypowiedziałabym na głos moje problemy. Pragnę tylko zrozumienia i kogoś, kto będzie mnie kochał nie oczkując ode mnie zmienia się.

*

Jak zawsze pobudka o 6, bieg w grupie przez las, ja na końcu, powrót do szkoły, prysznic, przebranie się w moje ubrania, śniadanie  i wyjście z kampusu na miasto, które było oddalone o dwa kilometry. Podeszłam na przystanek autobusowy, który jak się okazało miał być dopiero o 11, co było mi nie na rękę, jako, że o tej godzinie miałabym być już na wizycie. Przed 11, był tutaj o 8, a wtedy jeszcze byłam w lesie. Kiedy zastanawiałam się jak ma dostać się do miasta, inni młodzi ludzie z Army Academy mijali mnie jadąc w swoich samochodach. Zaczęłam iść wzdłuż drogi, aby powoli dostać się do miasta i po niecałych 20 minutach, kiedy doszłam do miasta, zaczęłam się cieszyć, że założyłam trampki a nie botki. Nie mogłam nazwać siebie wielką szczęściarą, biorąc pod uwagę fakt, że na zewnątrz było 7 stopni Celsjusza, a ja miałam na sobie tylko jeansy i za cienką kurtkę. Miałam wrażenie, że prędzej zamarznę niż znajdę ulicę, na której był gabinet psychiatry.
Idąc w miasto miałam chęć zniknąć z powierzchni Ziemi. Miasto Williston było dość duże, ludzi było jeszcze więcej, czułam się tutaj jak owad. Miasto jak miasto, prawda? Rzecz w tym, że wiele osób uważa, że są potrzebni do czegoś, że mają jakiś plan, mimo że tak naprawdę to mają pożyć z 70 lat a później zwyczajnie w ziemi ląduje. Ja mam zadanie chronić ludzi, ale co jeśli samo oddychanie wśród nich sprawia, że się stresuję i mam ogromną nadzieję, że nie będę musiała nikogo ratować?
Co jeśli na samą myśl, że jestem w miejscu, gdzie inni chcą być, a ja nie, chcę umrzeć, by ktoś inny mógł zająć moje miejsce? Co jeśli nie potrafię samą siebie przekonać, aby zostać tutaj, na świecie i wolałabym już być w glebie i umrzeć? Jak mam znaleźć sposób, by chcieć żyć? Jak mam od samej siebie zacząć wymagać chęci życia? Jak, do cholery, mam samą siebie przekonać, że mam po co żyć?
-Nie wiem.-spojrzał na mnie poważnie mój terapeuta.-Pewnego dnia poznasz ludzi, których polubisz i oni zaczną na ciebie wpływać. Zaczniesz się cieszyć życiem i nie będziesz chciała już umierać a nawet będzie ci się marzyło życie wieczne.
Zmrużyłam oczy wpatrując się w mężczyznę. Coś go odróżniało od John'a, coś sprawiało, że lubiłam jego ton głosu, a zapach papierosów, który wisiał w powietrzu w gabinecie, sprawiał, że moje samopoczucie się poprawiało. Jego zaczątki siwych włosów i kilkudniowy zarost dodawał uroku jego osobie.
Byłam tutaj już 40 minut i nie czułam tego, że za chwilę będę musiała wrócić do campusu.
-Wiesz, że możesz wykorzystać Army Academy jako miejsce, gdzie znajdziesz znajomych; gdzie pokażesz ojcu, że jesteś lepsza niż uważa.-zmienił temat.
Moja górna warga drgnęła, a źrenice się zwężyły.
-A już zaczynałam cię lubić.-mruknęłam do samej siebie, co wprowadziło psychiatrę w krótki śmiech.-Nie wiem co jest z tamtejszym społeczeństwem, ale sama do nich nie zagadam. Mierzą mnie wzrokiem, szepczą za moimi plecami o mnie i jeszcze nikt nie zagadał. Nie jestem typem człowieka, który sam zaczyna konwersację. Często gadam głupoty, a tym bardziej jak sama sie pierwsza odzywam. Często też wpadam w słowotoki, jak teraz, rzecz w tym, iż nie jestem osobą, z którą się gada i najwyraźniej oni o tym wiedzą.-westchnęłam głośno.
-Nie martw się, Grace, na pewno ktoś zagada do ciebie. Wątpię, aby nikomu nie zależało na takiej koleżance, jaką możesz zostać. Jesteś naprawdę dobrym człowiekiem, po przejściach więc nie każdy będzie zainteresowany, ale ktoś się znajdzie.-powiedział.
-Powiedz mi.. Czy to niesprawiedliwe, że uważam moje ojca za osobę, która zniszczyła moje życie, a raczej dzieciństwo?-spytałam.
-Nie, Grace, zachowanie twojego ojca jest niesprawiedliwe i mrożące krew w żyłach, dobrzy rodzice się tak nie zachowują. Twój ojciec nigdy nie powinien mieć dzieci.-był pewien swoich słów.
-Moja matka także nie powinna mieć dzieci, jest za słaba, by przeciwstawić się własnemu mężowi, to nie jest prawdziwa kobieta.
-Twoja matka się boi, że straci mężczyznę, to co innego. Kiedy kobieta obawia się utraty faceta, z którym była dużo lat, to tragedia; przywiązała się i obawia się, że sobie nie poradzi, jeśli puści go. Takie kobiety potrzebują terapii, taka prawda. Uzależnienie od kogoś i niewiara we własne siły, to tak jak depresja, tak samo groźne.
-Mój ojciec niszczy piękno w ludziach. We mnie zniszczył chęć do życia, w matce siłę, a moja siostra tnie się po udach, myśląc, że nie wiem.
-To jest zły człowiek, nie nam jest oceniać, ale nie można się powstrzymać przy takim typie, prawda?
-To jest potwór.-szepnęłam.-Najgorsze jest to, że nikt tego nie widzi; nikt nie wierzy, że on jest taki parszywy naprawdę - wszyscy myślą, że kłamię mówiąc, że jest okropnym człowiekiem. Ludzie uważają, że go nie doceniam, że nie wiem jakie mam szczęście, że w ogóle mam ojca, więc jeśli tak uważają, niech go biorą i nie oddają mi go z powrotem.



And everyone is so kind,
With the lies that they tell themselves,
'Cause everyone is so blind,
To the truth that they're ugly inside.
When the mirror's laughing,
Time takes over,
You should know,
We're rotting away.
There's no,
Nothing left for me,
When all beauty's destroyed.
There's no,
Nothing left to see,
Once all beauty's destroyed.
I wszyscy są tacy uprzejmi,
Z kłamstwami, które sobie wmówili,
Bo wszyscy są ślepi,
Naprawdę oni są brzydcy w środku.
Kiedy lustro się śmieje,
Czas bierze górą,
Gnijemy.
Tutaj nie ma nic,
Nic dla mnie nie zostało,
Kiedy piękno jest zniszczone.
Tutaj nie ma nic,
Nic dla mnie, abym zobaczyła,
Kiedy piękno zostało zniszczone.



sobota, 15 lutego 2014

2. Nigdy więcej mnie nie uderzysz, rozumiesz?

Brak komentarzy:
-No to zrób wszystkim przysługę, na co czekasz?!-wykrzyczałam wściekła do ojca.-Od dawna chciałeś, bym się wyniosła z domu, teraz to nawet mi to odpowiada, przynajmniej nie będę cię widziała! Brzydzę się tobą!
Kiedy mężczyzna chciał mnie spoliczkować złapałam jego dłoń dosłownie przy mojej twarz i wygięłam mu rękę tak, że znalazła się za jego plecami, a on charakterystycznie sapał. To nie była "super moc", to była jedna z lekcji samoobrony, na którą chodziłam rok temu z nudów.
-Nigdy więcej mnie nie uderzysz, rozumiesz?-mówiłam groźniej.
-Jeszcze zobaczymy.-wycharczał wyrywając się z mojego uścisku.
Zmierzyłam go wzrokiem.
-To groźba?-zapytałam.
Mój rodziciel zwyczajnie odszedł ode mnie, na koniec posłał mi, mojej siostrze i mojej matce wzrok, którego należałoby się bać. Kiedy tylko mężczyzna zniknął za ścianą, obie spojrzały na mnie wrogo.
-Coś ty zrobiła?-szepnęła wściekła do mnie matka.-Jeśli chcesz się wyprowadzić, trzeba było porozmawiać ze mną na osobności, dam ci pieniądze i idź.
Kobieta sięgnęła po swój portfel i podała mi kartę kredytową.
-Debetu nie ma, jeśli skończą ci się pieniądze, w co wątpię, skontaktuj się z naszym prawnikiem.-moja własna matka odwróciła się ode mnie, nie powiem, że byłam zaskoczona.
Kiedy rodzicielka pobiegła za mężem, moja siostra spojrzała na mnie jak zbity pies.
-Dlaczego mnie zostawiasz?!-była w histerycznym nastroju.-Przecież jak nic ci nie zrobiłam!
-Mogę cię zabrać ze sobą.-zaoferowałam jej.
-Oszalałaś? Oni prędzej mnie zabiją niż pozwolą mi odejść z tobą.
-Wiesz, że zawsze możesz ze mną porozmawiać, a jeśli zmienisz zdanie znasz mój numer.
-Wątpię, aby oni zmienili swoje zdanie, a wiesz, że jestem od nich zależna.
-Nie jesteś zależna, a uzależniona od nich, już tak ci namieszali w głowie, że nie widzisz różnicy między normalnymi rodzinami a tymi pojebanymi, jak nasza.
-Grace, skoro tak dobrze wiesz jak normalna rodzina wygląda, dlaczego naszej nie zmienisz?
-Bo nasza rodzina nigdy nie powinna powstać, nie rozumiesz? Nasi rodzice to dwoje ludzi, którzy nigdy nie powinni mieć dzieci, a na pewno nie ze sobą. Nasza rodzina jest chora i nie ma antidotum na to.
-Już idź się spakować i idź z tego domu. Może rodzice mają rację, może to ty jesteś problemem.
Usłyszeć takie coś od siostry do ogromny nóż w plecy, ale nie należę do osób, które od razu zaczynają ryczeć i użalać się nad sobą.
Podniosłam głowę i złożyłam usta w linijkę. Nie patrząc więcej na nią, poszłam schodami na pierwsze piętro i spakowałam wszystkie moje ubrania w dwie torby. Kiedy miałam wyjść z pokoju, moi rodzice weszli do mojego pokoju. Ojciec spojrzał na mnie pełen pogardy i wściekłości.
-Zdecydowałem z matką, że najlepiej będzie jeśli pójdziesz do wojskowej szkoły.-powiedział do mnie twardo.-Nie wyprowadzasz się, ale nie rozpakowuj się, bo wyjeżdżasz za trzy dni do szkoły wojskowej. West Point jest najlepszą akademią i najwyraźniej nie chcą kogoś takiego jak ty, ale na moje szczęście jest jeszcze kilka szkół, które nie mają problemu z przyjęciem kobiety, w takim wieku i takiej nie wychowanej. Okazało się, że Army Academy w stanie Północnej Dakoty nad rzeką Missouri cię przyjmie jako pierwszoroczniaka. Wojskowa szkoła przyda ci się dzieciaku, może wreszcie zrozumiesz, że dyscyplina i wychowanie to jest najważniejsze.
Wyprostowałam się.
-Jestem wychowana, ale nie kłaniam głowy nisko przed takim skończonym idiotą tak ty.-odparłam jadowicie.
Starzec zaczął mamrotać pod nosem i wyszedł z pokoju, tak samo jak matka. Zamknęłam za nimi drzwi i uderzyłam z całej sił w torbę z moimi ubraniami.
-Army Academy?!-krzyknęłam szeptem do samej siebie.
Tylko tego mi brakowało, wojskowej szkoły. Nie spodziewałam się takiego obrotu sprawy. Wiedziałam, że ojciec ma jeszcze jakieś prawa nade mną, dopóki nie skończę 18, ale wybór za mnie szkoły?! W sumie to nawet przeniesienie ze zwykłego high school do wojskowej akademii.
Nie chciałam zaczynać czegoś nowego, ale wiedziałam, że nie mam nic do gadania. Jego rząd nade mną skończy się wraz z nastaniem 18 lat w moim dowodzie osobistym, czyli za dwa lata, dokładnie 16 miesięcy. Mam nadzieję, że się tam odnajdę i nie będę obiektem plotek czy żartów, jak zawsze. Nienawidzę szkół, a raczej ludzi w szkołach, a taki internat wojskowy to chyba kilkakrotnie większe piekło.
Ojciec wiedział co zrobić, by mnie zabolało i udało mu się. Miałam chęć zacząć krzyczeć z całych sił, jednakże wiem, że to pokazałoby mu, że jestem słaba, że boli mnie jego nienawiść do mnie - a tego nie chcę. Nie chcę nawet myśleć, że poznałby moje słabości i wiedziałby jak bardzo krucha jestem, a udaję silną. Wiem, że popełniam błędy, ale do cholery, to nie jest wadą, to tylko świadczy o mnie, że jestem człowiekiem a nie maszyną. Mój ojciec jest idealnym sędzią, ocenia każdego w najgorszych skalach, a siebie nie potrafi, nie widzi jak bardzo omylny jest; nie widzi, że jest tyranem i nie potrafi pojąć drugiego człowieka. Mój rodziciel uważa, że wszyscy są jak on, a przynajmniej być powinni.



This fire is raging.
I can't find the door.
I just wanna die here.
But you want it more.
[...] This fire is blazing.
But i'm still inside.
I just wanna die here.
You won’t let me out alive.
You want me to burn.
Want me to burn.
Want me to hurt.
And maybe I will finally learn.
Ogień szaleje.
Nie mogę znaleźć drzwi.
Chcę tylko tutaj umrzeć.
Ale ty chcesz więcej.
Ten ogień płonie.
A ja nadal jestem w środku.
Chcę tylko turaj umrzeć.
Ale ty nie pozwolisz, bym wyszła z tego żywa.
Chcesz mnie spalić.
Chcesz, abym spłonęła.
Chcesz, abym cierpiałam.
I może, abym czegoś wreszcie się czegoś nauczyła.



_________

Od razu ostrzegam, że to co będzie się działo w akademii ( której nawet nazwę wymyśliłam) jest jedynie moją wyobraźnią. Powiedzmy, że to będzie mój wymyślony Hogwart. :)

wtorek, 11 lutego 2014

1. Jak się dzisiaj czujesz?

2 komentarze:
Anioły Stróże istnieją i są wokół nas, wiem to bo sama jednym jestem. Umarłam, a raczej próbowałam umrzeć, chyba mi się udało bo trafiłam do "nieba". Niebo samo w sobie nie przypomina miejsca o jakim mówią wierzący ludzie. Niebo jest jak szpital psychiatryczny, wszystko jest śnieżono białe, ludzie pojawiają się znikąd i nie mogą się samoistnie wydostać. W Niebie jest Bóg, jest on Dyrektorem wszystkiego i wszystkich, to on dowodzi aniołami i duszami, które przychodzą do niego. Nie ma Piekła, są lepsze cele i gorsze. Cele to pokoje grupowe, każda dusza przechodzi ze stanu duchowego do energii, którą Dyrektor wysyła na ziemię, by pomóc znaleźć lek na jakaś z chorób. Złe Cele różnią się od Dobrych Cek tym, że w Dobrych szybko się przekształcasz w energię i jest to bezbolesne, a w Złych dusza nie może się pospieszyć i to boli, a energia, która się jest nie idzie na Ziemię a w Zapomnienie, a wierzcie mi, nie chcecie iść w Zapomnienie.
Aniołem Stróżem zostaje się, kiedy jest się naprawdę wyjątkowym - co jest zabawne, wcale się tak nie czuję - Bóg wybiera cię i proponuje ci zostanie Aniołem Stróżem, robotę na pełen etat przy pilnowaniu ludzi, jeśli odmówisz to już pewne, że pójdziesz do Złej Celi, a mnie jakoś się nie marzyło, bym odchodziła w bólu.
Próbowałam się zabić łykając tabletki nasenne, rozrzedzające krew i starałam się podciąć sobie żyły na nadgarstkach. Umarłam, a teraz na nowo żyję. Dostałam szansę i wcale nie czuję się wyjątkowo. Chciałam odejść z tego świata, tymczasem wróciłam tutaj, by opiekować się innymi ludźmi z depresją, zaburzeniem odżywiania oraz z chęciami zabicia samych siebie lub innych - innymi słowami, mam się opiekować ludźmi, którzy są tak samo pojebani jak i ja.
Nie mam super mocy, no chyba, że liczyć moją kondycję - przebiegnę siedem kilometrów i nie dostanę zadyszki, jednakże to jest zabawne biorąc pod uwagę, że nie mogę zrzucić zbędnych kilogramów. Ta sama waga, w jakiej chciałam umrzeć - moja kara za chęć zabicia czegoś co stworzył Dyrektor Wariatkowo-Nieba.
-Pewnego dnia zobaczysz, że potrafisz więcej niż kiedyś. - Powiedział do mnie starzec.
Minął miesiąc, a ja nadal nie odkryłam innej mocy niż bieganie bez zadyszki. Może wystartuję w maratonie..

-Jak się dzisiaj czujesz?-zapytał mnie John, mój psychiatra.
-Genialnie.-mruknęłam.
Mężczyzna mrużył oczy niezadowolony.
-Nie sądzisz, że to dziwne, że ciągle twierdzisz, że czujesz się "genialnie", a chcę ci przypomnieć, że niecały miesiąc temu próbowałaś się zabić. Może jednak nie czujesz się tak dobrze, jak mówisz?-insynuował, że kłamię.
-Skoro wiesz lepiej jak się czuję, to po jaką cholerę mnie pytasz?
Tak właśnie mijały nasze spotkania i nie chciałam tego zmienić. Średnio mi się podobało, abym miała mówić jakiemuś obcemu facetowi jak się czuję, tylko dlatego, że mu zapłacono, by mnie wysłuchać. Rodzice zamiast samodzielnie ze mną porozmawiać - nie żebym z nimi rozmawiała, ale to już lepiej by wyglądało - to wysłali mnie na sesje z jakimś dziadkiem.
-Chciałbym zrobić ogromny krok w twoje wyzdrowienie. We wtorki o 18 prowadzę zawsze spotkania grupowe, kilka osób z problemami, podobnymi jak twoje. Może przyjdziesz?-zaproponował.
-Wątpię, mam zawalony terminarz spotkaniami z samą sobą i Bogiem.
-Do kościoła chodzisz?-zapytał zaskoczony.
-Nie. Spotykam się z nim w Niebie.-zaśmiałam się.
-Żartujesz, prawa?-był zaniepokojony.
-Oczywiście, że tak!-przestałam sie śmiać i tylko z uśmiechem powiedziałam.: "Co jak co, ale wariatką nie jestem."
-No dobrze. W takim razie we wtorek na 18, do tego gabinetu.
Wstałam z krzesełka, wzięłam moją kurtkę, założyłam na siebie i wyszłam z gabinetu, który śmierdział świeczkami. Idąc przez korytarz, mijając okno zauważyłam dziewczynę, około 12 lat, stojącą jak wryta na ruchliwej jezdni. Wiedziałam, że to jest moja "wielka" chwila. Szybkim tempem zbiegłam po schodach, znalazłam się na ulicy i złapałam za rękę nastolatkę i szybko zbiegłam z jezdni, dosłownie przed samochodem.
-Mogłaś umrzeć!-krzyknęłam na blondynkę, kiedy ta płakała żałośnie.
-Chciałam umrzeć!-wykrzyczała do mnie pełna łez.
Nie wiem kiedy, ale otoczyli mnie ludzie, mnóstwo ludzi i zaczęli klaskać, wzywać pogotowie, nawet zawołali psychiatrę, z którym jeszcze niedawno miałam sesję. Nie wiem dlaczego ludzie mi gratulowali uratowania tej dziewczyny, przecież ona chciała umrzeć, ważniejsze jest się nią zająć niż mi gratulować szybkiego biegu i uratowania jej.

*

Nie tak wyobrażałam sobie moje życie. Ratowanie nastolatków z opresji przed samymi sobą. Chodzenie co tydzień do psychiatry. W śnie czasem bywanie w Niebie i rozmawianie z Dyrektorem. Bieganie bez zadyszki, bez potu i do tego długie dystanse. Nie chciałam być "z tych, które ratują", wiedziałam co te osoby czują, te które ratuję, jakby były bezsilne nawet przy umieraniu, że je niepotrzebnie ratuję, nawet jeśli za trzy miesiące poprawi im się myślenie, nadal będą czuły się źle z samymi sobą, będą czuć się nie na miejscu i będą mówić: "Powinienem być umrzeć." Wiem, że będą czuć się okropnie z samymi sobą, bo ja się tak czuję i nawet głupie długodystansowe bieganie, moja "super moc" nie pomaga mi się poczuć wyjątkowo.



You started staring at the walls again.
And the pictures turned back into empty frames.
Your sense will go before your looks will leave you.
And in time the ones you love will all leave too.
No dreams are not how they seemed back when you were young.
You lost your way and you couldn't overcome.
The times you'd hide, what's been building up inside.
'Cause dreams aren't how they seemed when you were young.
[...] No they're not what they used to be, to be.
Zacząłeś wpatrywać się na ściany ponownie.
Zdjęcia zamieniła się z powrotem w puste ramki.
Twój sens istnienia odejdzie zanim twój wygląd odejdzie także.
I w między czasie ludzie, których kochasz zostawią cię też.
Żadne marzenia nie są jakie się wydawały, kiedy byłeś młodszy.
Zgubiłeś swoją drogę i nie potrafisz zawrócić.
Czasy, kiedy chciałeś się schować przed światem, wszystkie problemy budowało się w tobie.
Bo marzenia nie są jakie się wydawały, kiedy byłeś młodszy.
Nie, one nie są jakie się wydawały, nie są.


czwartek, 6 lutego 2014

Prolog. Część I.

3 komentarze:

Czy znamy ludzi wokół nas? Czy znamy samych siebie? Czy tworzymy samych siebie, czy odkrywamy? Czy możemy ufać innym i sobie, i się nigdy nie zawieźć? Czy są idealne osoby?
Nie ufam ludziom, nie jestem pewna czy ufam samej sobie. Mam pewne problemy, od zawsze miałam. Nie wiem po kim, ale odziedziczyłam pewną cechę, po którymś z moich przodków, otóż nigdy to co dobre, nie zostaje ze mną za długo. Każdemu się zdaje, że znają dobrze siebie, swoich rodziców i przyjaciół; ja nie znam siebie, nie znam moich rodziców, a przyjaciół.. można powiedzieć, że od pewnego czasu już ich nie mam. Nie jestem pewna czy sama się odizolowałam od świata, czy ludzie zaczęli sami mnie odpychać, wiem, że jestem sama. Nie wierzę w ideały, a na pewno nie wierzę, że sama nim jestem. Mam wady, mam mnóstwo wad, od samego wyglądu po mój charakter i styl bycia: Jestem drażliwą osobą, często moje humory są zmienne, nie lubię ciekawości u innych ludzi ani u siebie, rzadko kiedy pokazuję innym moje słabości, lubię udawać, że jestem wredną suką i nic mnie nie wzrusza - i chyba jestem świetną aktorką, bo moi rodzice nie zauważyli, że ich córka jest potworem wobec samej siebie.
Wierzę w przeznaczenie, ale nie uważam, że cokolwiek zrobisz i i tak wylądujesz w jednym miejscu. Mamy dwie drogi, dobrą i tą gorszą, my sami wybieramy. Nie raz zastanawiałam się czy wybrałam tą lepszą drogę czy gorszą, i chyba nie potrafię nadal tego powiedzieć.