niedziela, 23 lutego 2014

6. Nie kochałam go, zwyczajnie zaufałam złej osobie, kolejny raz.

-Ostatnimi nocami nie mogę zmrużyć oka.-przyznałam.-Nie myślę o czymś szczególnym, aczkolwiek ile godzin próbowałabym zasnąć, sen nie nadchodzi, nawet kiedy położę się o dziewiętnastej.
-Na pewno nie myślisz o czymś konkretnym?-zapytał się psychiatra.
-Nie. Kiedy próbuję zasnąć, skupiam się na oddechu, więc nie mam czasu na myśli.
-W takim razie mogę ci przepisać jedynie tabletki nasenne, jednakże nie będą to duże dawki, byś nie mogła ich wykorzystać w możliwej kolejnej próbie samobójstwa.-zaczął przepisywać mi receptę.
-Czyli uważasz, że wcale mi się nie polepsza? Nie chcesz, abyś był odpowiedzialny?-spojrzałam na niego z dystansem.
-Osoby z problemami nigdy nie zdrowieją, czasem zdarzają im się gorsze dni, jak każdemu, tyle, że będziesz miała nie raz samobójstwo w myślach i nie chcę, abyś starała się zabić moimi tabletkami.
-Nie zapytałam o to.-mruknęłam.
-Grace, masz depresję, to nie jest przeziębienie, to nie minie od razu, tym bardziej, że nie masz żałoby, a zwyczajnie jesteś skrzywdzona przez ojca, tabletki słabo ci pomagają i nie potrafisz się na niczym skupić - tak, Grace, myślę, że wcale ci się nie polepszasz, że oszukujesz samą siebie i do tego później będziesz chciała znowu umrzeć i zamiast zadzwonić do mnie i porozmawiać, sięgniesz po coś, by się zabić.-odpowiedział patrząc na mnie poważnie.-Nie chcę być sądzony o to, że wypisałem ci receptą na silny lek nasenny, i że przeze mnie wylądowałaś w szpitalu lub 1,5 metra pod ziemią.
Wpatrywałam się znużona w mężczyznę. Na początku znajomości, polubiłam go, jednak teraz miałam chęć go walnąć, zwyczajnie za szczerość.
Westchnęłam głęboko.
-Nie oszukuję samą siebie, naprawdę od kilku dni jest mi lepiej. Mimo, że czuję się senna i nie mogę spać, to jednak w ciągu dnia, kiedy się uczę potrafię się skupić i nawet normalnie porozumiewać się z ludźmi.-powiedziałam.
-Nie mówię, że nigdy nie poczujesz się lepiej. Chciałem ci po prostu powiedzieć, że to nie jest takie łatwe, wydostać się z dołka. Depresja jest jak mgła, często otacza ciebie, ale czasem znika, by za chwilę powrócić. Ciesz się i korzystaj, że czujesz się żywsza, bo pewnie za niedługo powrócisz do swojego złego stanu.

*

Wiedziałam, że to co powiedział było prawdą, jednakże ciężko było mi przyjąć do świadomości jego słowa, bo nadal chciałam się łudzić, że pewnego dnia się obudzę bez depresji. Chyba każdy człowiek chce być szczęśliwy, nieważne z jakiego powodu, ważne iż chce być szczęśliwy, ludzie w depresji też tego chcą, nawet bardziej niż przeciętnie społeczeństwo. Kiedy byłam mniejsza, zawsze marzyłam, że kiedyś zostanę księżniczką lub baletnicą, teraz marzę, by choć na minutę być zadowoloną z siebie. Nie widzę w sobie zalet, nie widzę moim dobrych stron, co więcej mam chęć zacząć bić siebie, kiedy widzę moje odbicie w lustrze - powstrzymuję się od przemocy nad samą sobą, bo nie chce do samookaleczenia samej siebie.
Była noc, a ja nadal nie spałam, mimo że wzięłam środki nasenne, to jednak sen nie nadszedł. Dochodziła już piąta, więc za godzinę miała być pobudka, nie widziałam sensu w próbowaniu zasnąć, więc wyszłam z łóżka i ubrałam się w mundur. Po założeniu butów, związaniu włosów w kucyka, chwyceniu latarki, wyszłam z pokoju i zamknęłam je na klucz, który włożyłam do kieszeni.
Wymyśliłam, że pójdę pobiegać, bo i tak nie miałam co robić. Kiedy tylko wyszłam na zewnątrz, chłodne, nocne, świeże powietrze wypełniało moje płuca, spojrzałam na niebo, które zaczynało się przemieniać z czarnego na granatowy, gdzieniegdzie dostrzegłam ciemne, burzowe chmury. Spuściłam głowę na dół i rozejrzałam się, wyciągając latarkę ze spodni. Absolutna cisza, brak ludzi wokół, jedynie można było usłyszeć jak wiatr owija się wokół drzew, wyginając je w różne strony. Podeszłam do linii, z której zawsze startowaliśmy w biegach i zaczęłam biec spokojnym tempem.
Nie należałam do osób, które lubią ćwiczyć oraz biegać, jednakże teraz kiedy nie było dla mnie wyczynem i nie miałam zakwasów na drugi dzień z powodu aktywności fizycznej, robiłam wszystko co aktywne, to mnie uspokajało.
Świeciłam latarką pod nogi, bym nie zahaczyła o żaden korzeń czy coś podobnego. To, że zostałam "pracownikiem" Boga, nie robiło ze mnie maszyny, nadal byłam niezdarna, tak jak za bycia tylko dzieckiem jednego z większych tyranów na świecie. Moja przeszłość mnie bolała, tym bardziej, że nie mogę się jeszcze odciąć o mojej rodziny, szczególnie od mojego ojca.
Nawet nie wiem skąd, ale pojawił się przy mnie Thomas, sam, bez swoich kumpli. Biegnąc obok niego, czekałam w ciszy na jakąś reakcję z jego strony, jednakże chłopak zwyczajnie biegł przed siebie i czasem na mnie zerkał. Biegliśmy dłużą drogą niż na zajęciach, więc to było aż 10 kilometrów, kiedy dotarliśmy do szkoły, kadeci już nie spali i robili rozgrzewkę po bieganiu. Zatrzymaliśmy się przed opiekunem, który zazwyczaj prowadził nasze biegi.
-Gdzie byliście, kadecie George i kadecie Watson?-wyprostowaliśmy się słysząc głos porucznika.-Spocząć.-rozkazał, więc złożyłam ręce do tyłu, a Thomas to przodu.
-Wstałem wcześniej, bym mógł przebiec więcej kilometrów, sir!-odpowiedział chłopak.
-Ja także, sir!-oznajmiłam.
-I biegaliście razem?-dopytywał się.
-W połowie drogi się spotkaliśmy, sir!-odpowiedziałam.
-Idźcie na lekcję, kadecie George i Watson.-rozkazał, na co ustaliśmy i udaliśmy się na siłownie.
Wchodząc do siłowni, w drzwiach przepuścił mnie Watson, na co byłam zaskoczona, bo wcale się nie spodziewałam po nim, że ma jakiekolwiek maniery - kiedy usłyszałam o tym jak pobił brata Dracona, spodziewałam się, że w ogóle go nie wychowano.
Wszystkie oczy na nas się zwróciły, kilka osób nawet zagwizdało, co mnie przerażało biorąc pod uwagę, że myśleli o mnie i Thomasie, że coś nas łączy - to było obrzydliwe. Nie patrząc na nikogo, niosąc na mojej twarzy maskę zeru emocji, poszłam do szatni. Otworzyłam moją szafkę, która zawierała granatowe spodenki do kolan oraz białą bokserkę i czarne tenisówki, po minięciu trzech minut byłam już przebrana. Wyszłam z szatni i podeszłam do grupki osób z drugiej klasy, która stała przed opiekunem samoobrony.
-Kto jako pierwszy zmierzy się dziś z Jake'm?-zapytał opiekun wskazując na szatyna o ciemnym kolorze skóry.
Nikt nie chciał się siłować z młodym mężczyzną, biorąc pod uwagę, że był znakomity w stłuczeniu komuś tyłka, a ludzie raczej nie lubią być posiniaczeni. Każdy patrzył po sobie, czekając na kogoś, kto się zgłosi. Nie byłam chętna, by bić się z moim nowym kolegą, więc nawet do głowy mi nie wpadło, by się zgłosić.
-Skoro i tak nikt z was nie ma odwagi się zmierzyć z Jake'm, sam wybieram.-powiedział opiekun.-Daisy.-wskazał na drobną szatynkę, która również przeskoczyła rok do góry, jak i ja.
Dziewczyna wyszła z szeregu, weszła na matę i uśmiechnęła się wesoło do Jake'a, wiedziałam, że on i ta szatynka się spotykają, jednak nie spodziewałam się, że dziewczyna tak szybko go powali na ziemię. Większość z nas, stojących w szeregu zaczęła bić brawo, a Jake podał rękę Daisy w uścisku dobrej walki, która walką nie była, biorąc pod uwagę, że ledwo co weszli na matę a on od razy leżał - podejrzewałam, że dał jej wygrać, ale nie chciało mi się w to wierzyć.
-To idealny przykład jak pokonać napastnika, ale najgorszy by pokazać walkę.-powiedział do nas opiekun.-Jeszcze raz i dajcie sobie szansy, okay?-zwrócił się do dwójki kadetów, którzy kiwnęli głowami.
Dwójka nastolatków odsunęła sie od siebie o dwa kroki. Walka zaczęła się znowu szybko, ale tym razem nie skończyła się błyskawicznie. Daisy starała się przewrócić Jake'a na bok, a ten próbował zwalić ją z nóg, skończyło się na tym, że tym razem Jake triumfował.


*

-To o co ci chodzi?-zapytałam wpatrując się w zezłoszczonego Jake'a.
-O nic, wiesz.-był wściekły na mnie z jakiegoś powodu.
-Nie jestem wróżką, oświeć mnie.
-Ciągle wyciągasz wątek o Daisy.-wyjaśnił zirytowany.-Ona mnie zostawiła, okay, nie spotykamy się ze sobą od kilku dni.
-Mówiłam ci, że miłość nie istnieje.-mruknęłam do niego.-Mam kolejny przykład na to.
-Boże! Jesteś taka infantylna!-machał wściekły rękoma nad swoją głową.
-Och, a ty to taki dorosły!-wstałam z maty w siłowni.
Było już późno, nikogo nie było na siłowni, oprócz mnie i Jake'a. Chłopak miał okropny humor i się wyżywał na mnie, co nie było jakieś super zaskakujące.
-Myślałem, że jesteś inna!-mierzył mnie despotycznie.
-Za to ty jesteś taki jak wszyscy inni!-wykrzyczałam oburzona.-Jesteś tak samo egoistyczny, samolubny i do tego plotkarski. Nie powinnam była ci zaufać!-krzyknęłam na samo wspomnienie nocy z kilku dni, kiedy powiedziałam mu o moich problemach.-Nawet nie wiem dlaczego jestem zawiedziona, nie powinnam niczego innego się spodziewać po tobie, jesteś człowiekiem.
Moje oczy zaczęły się szklić, więc nie chcąc pokazać Jake'owi jak bardzo mnie zranił, wybiegłam z sali gimnastycznej. Błyskawicznym krokiem wbiegłam w las, biegłam dopóki nogi zaczęły zahaczać o żwir i korzenie drzew. Zatrzymałam się na środku drogi, po czym rozejrzałam się po okolicy. Zaczęło się już ściemniać, jednakże nie mogłam wrócić do kampusu, nie w tym stanie; stanie, który był odbierany przez ludzi oraz mnie, jako słaby, jako beznadziejny. Płakałam żałośnie, pozwoliłam sobie na to, wiedząc, że jestem oddalona od Akademii aż o 6 kilometrów. Wolnym krokiem zeszłam z dróżki i poszłam w prawo, w las. Minęłam kilka drzew i rozsiadłam się za grubym, liściastym drzewem, które ukryło moją postać, tak by nikt nie zauważył mnie.
Czułam się okropnie. Myślałam, że jestem już odporna na ciosy, które zadają ludzie, ale myliłam się; cierpiałam, tylko dlatego, że zaufałam człowiekowi, mimo że wiedziałam, iż nie powinnam tego zrobić. Nieświadomość dlaczego jego odepchnięcie było tak bolesne, przerażało mnie. Nie kochałam go, zwyczajnie zaufałam złej osobie, kolejny raz. Byłam bezsilna i nienawidziłam tego uczucia. Nie wiedziałam co robić.



I find shelter in this way.
Under cover, hide away.
Can you hear when I say,
I have never felt this way?
Maybe I had said something that was wrong.
Can I make it better with the lights turned on?
Znalazłam schronienie na tej drodze.
Pod osłoną, ukryta daleko.
Czy słyszysz mnie,
Kiedy mówię, że nigdy nie czułam czegoś takiego?
Może powiedziałam coś złego.
Mogę naprawić to ze światłami włączonymi?


Moje dłonie idealnie opanowały sytuacje, na mojej twarzy, co kilka sekund ścierały łzy, abym nie musiała myśleć o tym. Nie nosiłam makijażu często, więc martwienie się o tusz to nie był mój problem, nie byłam fanką nakładania "tapety", mimo że nie byłam piękna.
Chciałam się zwierzyć komuś, ale nie miałam nikogo i nie byłam pewna czy kogoś chcę mieć. Przyjaciele czy bliscy ranią, w pewnym momencie każdy się od ciebie odwróci, by najmniej ode mnie często się odwracają. Nie mówię, że nie ponoszę winy za moje problemy z ludźmi, też winię w pewne sposoby, często tutaj chodzi o to, że kiedy kłótnia się zaczyna, nie mam zamiaru jej przerwać, co więcej wyrzucam wszystko z siebie, co prowadzi do kolejnej kłótni. Pragnęłam spokoju, ale on nigdy nie nadchodził, najwyraźniej po to życie jest, po to, by ciągle tkwić w chaosie.
Moje usta drgały z powodu zgromadzonych uczuć, a łzy przestały lecieć. Moje emocje zaczęły opadać, a pustka w umyśle jaka nastała, była przyjemna. Na zewnątrz było już ciemno, jednakże znałam już drogę do Kampusu wystarczająco dobrze, by trafić tam z zamkniętymi oczami, więc nie przeszkadzało mi, aby wrócić do budynku bez latarki.

2 komentarze: