czwartek, 27 marca 2014

14. Kochanie, odeszłam od ojca.

Brak komentarzy:
Pragnienie czegoś często nie prowadzi do miłych doświadczeń. Przekonałam się na własnej skórze, że ciekawość, pragnienie oraz dociekliwość prowadzi jedynie do smutku, żalu i zawiedzenia się. Pogodziłam się z moim pechem w życiu i radzę każdemu się pogodzić, że nie zawsze jest pięknie, a często jest szaro, a nasze problemy dopiero się zaczną. Od dziecka byłam ciekawską osobą, uwielbiałam się wtrącać i pomagać, nie oczekiwałam nic w zamian, nie jestem pewna co mnie zmieniło - czy to był ojciec, a może zwyczajnie nasze społeczeństwo. Nie należę do osób, które zwalają winę na innych, jednak to jest inne, tutaj nie miałam się jak bronić przed światem, byłam dzieckiem! Dziecko jest bezbronne, wierzy we wszystko co mu/jej się powie, dlatego tak ważne jest, aby dzieci miały normalne domy, a nie uczucie, które sprawia, że nie czuje się bezpieczny we własnym domu. Życie nauczyło mnie, że nie można wierzyć we wszystko co się widzi i słyszy, ale przede wszystkim w to co inni mówią do nich. Ludzie są egoistami, każdy z nas, łamią obietnice i często nie widzą swoich wad, ale tacy jesteśmy i nie warto się spierać z naszą naturą.

-Kochanie, odeszłam od ojca.-powiedziała do mnie moja matka, kiedy poszłam z nią i Leną na miasto.
To był pierwszy raz od prawie 4 miesięcy, kiedy widziałam i rozmawiałam z moją rodziną. Nie mogłam powiedzieć, że nie cieszyłam się z ich wizyty, jednak czułam się jak obca osoba w ich towarzystwie, czyli tak jak zawsze. Nie powiem, że jestem zaskoczona, ale jestem, nie sądziłam, że to będzie realne.
-Gratuluję, jaki powód?-spytałam cicho.
-Uderzył ją, a ja zrezygnowałam z college'a.-oznajmiła Lena.-Nie będzie musiała się za bardzo martwić o pieniądze.
-Zrezygnowałaś z edukacji, że ona mogła odejść od tyrana?-spojrzałam z obrzydzeniem na matkę.-Co z ciebie za rodzicielka?
-Nie mów tak do mnie.-upomniała mnie kobieta.
Odwróciłam wzrok na siostrę.
-I tak pójdziesz na studia.-obiecałam.-Jeżeli chcesz, abym zrezygnowała ze szkoły wojskowej to nawet nie proś, bo jeśli chodzi o mnie to tak naprawdę to jest jedyna rzecz, którą ojciec zrobił dobrze, poza tym, on płaci za tą szkołę.
Matka z córką westchnęły w tym samym momencie, co sprawiło, że zobaczyłam jak podobne były do siebie. Od zawsze widziałam różnicę w wyglądzie moim a ich: one są blondynkami, ja szatynką, one mają idealne figury, a ja nie, nawet wyraz twarz, min są inne. Byłam podobna do ojca, co było kolejnym powodem mojej nienawiść do niego, nie potrafiłam zaakceptować naszego podobieństwa, brzydziłam się tym.
-Właściwie chciałabym cię prosić o to, abyś jednak przerwała naukę i pomogła mi w nowym domu na wsi.-moja rodzicielka starała się patrzeć mi w oczy.
-Nie prawa o to prosić. Pomogę ci na wakacje, to dwa miesiące, poczekasz, nie przerwę edukacji, dzięki temu moje życie się ułoży i zależy mi na tym. Nie masz prawa prosić o to, abym przerwała naukę tylko dlatego, że masz takie widzimisie.
-Wiedziałam.-szepnęła.-Zawsze myślisz o sobie.
-No dobra, ale to nie zmienia faktu, że też jesteś egoistką.
-Ja?-spojrzała na mnie zaskoczona.
-Przypomnieć ci o co przed chwilą mnie poprosiłaś? Kazałaś mi przerwać naukę tylko dlatego, że chcesz pomocy. Zamiast poczekać półtora miesiące, tobie się dupa już zapaliła. Czekaj albo spierdalaj.-powiedziałam ostro i wyszłam z kawiarni, w której rozmawiałyśmy.

*

-Może i użyłam za mocnych słów, jednakże naprawdę zirytowało mnie to, że przełożyła swoje szczęście nad moim i Leny. Nie mówię o odejściu od ojca, a o to, że chciała, abym przestała się edukować i poszła na farmę robić, tak samo moja siostra, co gorsze, ona uległa. To po prostu głupie.
-A nie sądzisz, że twoja mama nie myślała po prostu tylko o tym, aby stać się jak najszybciej niezależną kobietą i zapewnić wam jakiś dobrobyt?-spytał Nick.
-Dobrobyt? I po to miałybyśmy rezygnować z naszych szkół?
-Może nie ma kogo prosić o pomoc i wolała prosić was, jej córki? Lepsze to niż wynajmowanie kogoś do pomocy.
-To nie zmienia faktu, że my potrzebujemy szkoły, aby znaleźć pracę, aby zarabiać i odciążyć ją od naszego utrzymywania. A kiedy porzucimy szkoły, naszą przyszłość to nic nas nie czeka, prawdopodobnie bieda to nasza rzeczywistość za 10 lat, a kiedy skończymy szkoły, znajdziemy pracę to za 10 lat będziemy mieć już dzieci, facetów i pieniądze, o które nie będziemy musiały się martwić.
-Nie sądzisz, że powinnaś to powiedzieć matce, w dosłownie taki sam sposób?
Spojrzałam na Nicholas'a, który uroczo się uśmiechnął do mnie.
-Dobra-westchnęłam.-Masz rację, zadzwonię do niej później i jej to powiem.
-Na pewno?-przybliżył się do mnie siedząc na kanapie.
-Tak.
-Na pewno?-pocałował mnie w szyję, co sprawiło mi łaskotki.
-Na pewno.-śmiałam się.
Wiedziałam, że ma rację, że muszę zadzwonić do niej, pokazać, że jestem dojrzalsza i nie potrzebuję krzyczeć, że jeśli będzie chciała poznać moje zdanie, usłyszy je nawet, kiedy będę szeptać.



Welcome to the planet.
Welcome to existence.
Everyone's here.
Everybody's watching you now.
Everybody waits for you now.
What happens next.
I dare you to move.
I dare you to move.
I dare you to lift yourself up off the floor.
[...] Welcome to the fallout.
Welcome to resistence.
The tension is here.
Between who you are and you could be.
Between how it is and how it should be.
Maybe redemption has stories to tell.
Maybe forgiveness is right where you fell.
Where can you run to escape from yourself? 
Where you gonna go? 
Where you gonna go? 
Salvation is here!
 Witaj na planecie.
Witaj w istnieniu.
Wszyscy są tutaj.
Wszyscy przyglądają ci się.
Wszyscy czekają na ciebie.
Co teraz się wydarzy.
Wyzywam cię, abyś ruszyła się.
Wyzywam cię, abyś ruszyła się.
Wyzywam cię, abyś się podniosła z podłogi.
Witaj w gniewie.
Witaj w życiu.
Napięcie jest tutaj.
Między tym kim jesteś, a tym kim mógłbyś być.
Między tym jak jest, a jak powinno być.
Może odkupienie ma swoją historię.
Może odpuszczenie jest tam, gdzie upadłaś.
Gdzie możesz uciec od samej siebie?
Gdzie zamierzasz uciec?
Gdzie zamierzasz uciec?
Ratunek jest tutaj!


W delikatny sposób zmusił mnie do położenia się na kanapie, chłopak usiadł na mnie, następnie pochylił się i całował pieszczotliwie moją szyję oraz usta.
-Chyba cię lubię.-szepnęłam, na co chłopak podniósł się na łokciach i z wyraźnie uśmiechniętymi oczami spojrzał na mnie.
-Mam nadzieję, bo ja cię lubię i mam pewność.-wyznał.

poniedziałek, 24 marca 2014

13. "Kochaj siebie, żeby nikt inny nie musiał".

2 komentarze:
-"Kochaj siebie, żeby nikt inny nie musiał", podoba mi się.-uśmiechnęłam się do Daisy.-Skąd znasz tą "radę" czy przysłowie?
-Taką radę dała mi moja mama rok temu, kiedy zerwałam ze swoim chłopakiem.-dziewczyna siedziała ze mną na stołówce i nie przejmowałam się natarczywymi i oceniającymi wzrokami innych kadetów.
-Miałaś chłopaka? Dlaczego zerwałaś z nim?
-Zdradził mnie z moją najlepszą przyjaciółką, czyli kompletny idiota.
-No to gratuluję, że wyszłaś z takiego związku.
-Dzięki.-uśmiechnęła się wesoło.-A jak z twoim stanem związkowym?
-Ogólnie tylko raz byłam w związku i chyba nadal jestem w nim, ale nie jestem pewna jak określić to.
-Czyli nie nazywacie tego związku?
-Nie, jakoś średnio nam przychodzą nazewnictwa. Spędzamy czas w weekendy.
-Czyli on nie jest stąd?
-Nie.-zaprzeczyłam szybko.-Tutaj to sami świry, którzy nie potrafią zaakceptować kobiety, która chce zajmować się tym co oni.
-Nie wszyscy.
-Nie wymień mi Jake'a, bo zacznę się śmiać.
-No dobra, może i on czasem też jest nietolerancyjny, ale na pewno są tutaj jacyś wyluzowani faceci, którzy nie mają nic przeciwko kobiecie w wojsku i na wojnie.
-Może i nie mają, ale tylko do czasu, bo żaden mężczyzna nie chce, by jakaś kobieta była wyższą rangą od niego i wydawała mu rozkazy, chyba, że w łóżku.-moje słowa rozbawiły dziewczynę.
-Masz rację.-zapiszczała szczerząc się.-Nie wiem po co prowadzę dyskusję z tobą.-To kim on jest?-spytała.
-Nazywa się Nick i jest płci męskiej.
-A coś więcej?-dziewczyna uśmiechnęła się.
-Powiedzmy, że takich ciężko znaleźć; Nick zna mnie całkiem dobrze, a nadal chce być przy mnie i stara się nie oceniać.
-Czyli prawdziwy, silny facet, który mówi, że kobiety mają charakter a nie, że są "trudne".
-Owszem.-uśmiechnęłyśmy się do siebie nawzajem.
-Jak go poznałaś?-spytała.
-Na spotkaniu grupowym u psychiatry.-wyjawiłam.
-Czyli też ma problemy?
-Nick ma zmiany nastrojów, chociaż przy mnie zdaje się kontrolować to, ciągle jest niesamowicie sympatyczny.
-Jak to możliwe, że nie obchodzi cię co inni o tobie pomyślą, kiedy mówisz otwarcie o tym, że chodzisz na spotkania do psychiatry?
-Staram się nie zwracać uwagi na to jak inni mnie postrzegają, ważne co ja o sobie myślę.-wyjawiłam.
-Jak ty to robisz?
-Nie wiem, od dziecka uwielbiałam nie być kimś kim chcieli, abym była inni ludzi, od dziecka kocham ten stan, w którym zaskakuję innych moją osobą, bo wiesz, ludzie patrzą na ciebie i myślą, że cię znają, a ja lubię im uświadamiać, że gówno wiedzą.

*

-Kompletnie nie rozumiem jak to możliwe, że ich jeszcze nie złapali, przecież, któraś z dziewczyn musiała iść na skargę do dyrektora.-powiedział do mnie Nicholas, kiedy opowiedziałam mu o "bosej nocy z plecakami".
-Rodzice kadetów, szczególnie chłopaków są wysoko postawieni, więc dyrektor się w to nie wpierdala, pomijając fakt, że pewnie sam jest szowinistą.-oznajmiłam cicho, leżąc na kanapie Nick'a z nogami na jego kolanach.
-Wiesz, że mogłabyś ich pozwać o dyskryminację? Zapłaciliby wszystkim kobietą i pewnie mieliby odsiadkę, jeśli doszło między wami do przemocy fizycznej.
-Wiem, że mogłabym im zrobić "smrodu przy dupie", ale nie jestem chętna, aby uciekać się do prawa.
-To znaczy?
-Może zemszczę się z dziewczynami..
-Nie będziesz lepsza niż oni.
-Wiem..-mruknęłam.-Po prostu nie chcę być postrzegana jako dziewczyna, która zaczęła płakać tylko dlatego, że zrobiło się trudniej.
-Grace, oni i tak cię postrzegają w taki sposób, tylko dlatego, że masz kobiecą anatomię a nie męską. Uważam, że powinnaś iść do sądu, a nie bawić się w zemsty, które narobią tobie - a nie im - problemów.
-Może masz racę.-przyznałam, na co on się uśmiechnął.-Ale poczekam na ich kolejny wybryk i tym razem zdobędę dowód ich winy.



[...] Your hope dangling by a string.
I'll share in your suffering.
To make you well, to make you well.
Give me reasons to believe.
That you would do the same for me.
And I would do it for you, for you.
Baby I'm not moving on.
[...] I'll love you long after you're gone.
And long after you're gone gone gone.
[...] When you fall like a statue.
I'm gon' be there to catch you.
Put you on your feet.
Twoja nadzieja wisząca na włosku
Podzielę twoje cierpienie.
By sprawić, abyś lepiej się poczuła, by sprawić, abyś lepiej się poczuła.
Daj mi powód, by uwierzyć.
Że zrobiłabyś to samo dla mnie.
A zrobię to dla ciebie, dla ciebie.
Kochanie, ja nie mam zamiaru ruszyć naprzód.
Będę cię kochać długo po tym jak odejdziesz.
Długo po tym jak odejdziesz, odejdziesz, odejdziesz.
Kiedy będziesz spadać jak posąg.
Będę tam, by cię złapać.
Postawić się na nogi.


Patrzyłam na niego i czułam motyle w brzuchu, i mimo, że wydawało mi się te uczucie być oklepane i przereklamowane, to jednak odczuwałam je i sprawiało mi to radość.

sobota, 15 marca 2014

12. Szara rzeczywistość to jest to, co najlepiej znam.

2 komentarze:
Nie miałam paranoi, wszyscy kadeci mnie obserwowali na każdej lekcji i przerwie, nawet się nie trudzili, aby ukryć spojrzenia. Ich gapienie się przeszkadzało mi w poprawnym funkcjonowaniu i na zajęciach z samoobrony Daisy "skopała" i tyłek. Jedyna radość, która mnie spotkała dziś to konwersacja z Daisy i jej pytanie: "Czy nie chcę się dowiedzieć kto i dlaczego mnie nie lub, i powoduje spory między mną a innymi kadetami?".
Poszłyśmy do łazienki i zamknęłyśmy ją na klucz. Szatynka przez chwilę wpatrywała się we mnie bez słowa, a po chwili zwyczajnie zaczęła mówić: "Najwięcej do powiedzenia ma Thomas, który nie może się pogodzić, że jakaś laska go pokonała w czym on jest najlepszy. Jego kumple mają problem nie tylko z twoją płcią, konfliktem między tobą a Thomasem, ale także kwestia twojej wagi, po prostu nie tolerują grubych, homoseksualnych ani czarnych. Wszyscy się boją Thomas i jego kumpli ze względu na to, że ich rodzice są wysoko postawieni i nigdy się z nimi nie wygra. To co tutaj się dzieje to tylko początek, uwierz mi, jeśli oni chcą utrudnić komuś życie, idealnie się spisują, większość ich ofiar po prostu się wypisała do innej akademii wojskowej. Może ci sie teraz to wydawać śmieszne, nierealne ale rzeczywistość jest taka, że będziesz chciała się jak najszybciej urwać stąd."
-Nie rozumiesz najwyraźniej.-powiedziałam do niej.-Ja nie mam wyjścia innego niż tutaj być, to mój ojciec zadecydował o tej szkole i ja mam tutaj nic do powiedzenia. Szara rzeczywistość to jest to, co najlepiej znam.
Szatynka o oliwkowej karnacji patrzyła na mnie swoimi ciemnymi oczami i delikatnie się uśmiechnęła.
-Wiem jak to jest nie móc panować nad własnym życiem.-oznajmiła.-Moi rodzice zaplanowali całe moje życie, przez poprzednie lata zawsze robiłam to co oni chcieli, dopiero ta szkoła była moim pomysłem, oni chcieli mnie wysłać do Akademii dla Dam, a ja się zbuntowałam i powiedziałam, że albo ta szkoła albo żadna, więc musieli się zgodzić.-zaśmiała się.-To co dla mnie jest wysoko cenione, dla ciebie to jest kolejny rozkaz ojca, wiem jak się czujesz.
-Nie twierdzę, że nie wiesz co to szara rzeczywistość, ale prawda jest taka, że jednak miałaś tą szansę podjęcia własnej decyzji, a ja nad niczym nie panuję.
-Cięłaś się?-spytała.
-Nie.-skłamałam.
-Po prostu niektóre osoby, które nie panują nad swoim kłopotliwym życiem, zaczynają się ciąć i tym podobne.
-A ty się cięłaś?
-Kilka razy.-przyznała mi się.-Ale delikatnie, tak by nikt nie zauważył, oczywiście nie zawsze mi się udawało, ale te blizny wyglądają jakby mnie tylko kot podrapał, więc jest dobrze.
-Chodziłaś do psychiatry?
-Nie. Moja rodzina jest znana z dobrej reputacji, nie chciałam im tego niszczyć, poza tym i tak nie wysłaliby mnie do psychiatry, mówiliby, że to tylko sposób na zwrócenie ich uwagi.
-Przykro mi.-powiedziałam dotykając jej ramienia prawą ręką i uśmiechając się ciepło.
-A ty chodziłaś do psychiatry?
-Nadal chodzę.-przyznałam.-Powiedzmy, że mam wahania nastrojów.
Dziewczyna pokiwała głową zrozumiale.
-Miło mi się z tobą rozmawia.-wyjawiła.
-Wzajemnie.-oznajmiłam, bo nakazał mi tak instynkt - mimo, że Daisy wydawało mi się sympatyczna, to jednak nie ufałam jej, nie znałam jej.

*

-Wiem, że chcesz mnie pocałować.-powiedział przerywając ciszę Thomas.
Spojrzałam na niego zdezorientowana.
-Do mnie to było?-spytałam.
Kiedy biegałam nad ranem znowu natknęłam się na szatyna w lesie.
-A do kogo innego?-zakpił z uśmiechem.
Zaśmiałam się szyderczo.
-Jesteś idiotą.-oznajmiłam.-Nie masz na co liczyć, szczególnie na moje uczucia.
-Ostra jesteś.-zerknął na mnie kątem oka.
-A ty jesteś głupi, ja widać nie trafiliśmy sobie w gust.
-Lubisz Bring Me The Horizon?-zmienił temat patrząc na moją koszulkę z nazwą zespołu.
-Nie, po prostu uwielbiam nosić koszulkę z nazwą zespołu, którego nie znam.
-Przestań, chcę nawiązać rozmowę.-złapał mnie za ramię i tym samym się zatrzymał, co rozkazało i mi stanąć na żwirowej dróżce.
Kadet stanął wyprostowany i patrzył mi głęboko w oczy, kiedy obniżyłam wzrok, dopiero po raz pierwszy dostrzegłam, że i on ma taką samą koszulkę jak ja, poczuła jak złość się we mnie zbiera.
Ten skończony palant nawet odebrał mi mój gust muzyczny.
-Chcesz porozmawiać?-zirytowałam się.-Może pogadamy o tym jak ty i twoi kumple urządziliście mój pokój, tym samym odbierając mi na niedziele wyjście z Academy.
Thomas westchnął.
-To nie tak, że nad wszystkim panuję, moi przyjaciele są tak samo lubiani jak i ja, więc nad nimi nie sprawuję wielkiej władzy.-chciał się usprawiedliwić.
-Wiesz co, naprawdę nie lubię kiedy ludzie zamiast przyznać jak chujowi są, szukają wymówek, że inni wcale lepsi nie są.-powiedziałam zirytowana.-Nie chcę z tobą gadać, nie chcę cię widzieć - ale to jest nie możliwe. Z wielką chęcią pogadałabym jeszcze o tym jak bardzo jesteś mi potrzebny jak piaskownica na Saharze, ale naprawdę nie mam czasu.
Nie czekając na jego reakcję, zaczęłam szybko biec, a kiedy chłopak zaczął mnie doganiać, przyspieszyłam tempo.
Szatyn był typem chłopaka, który jest pewien siebie; który myśli, że wszystko czeka na niego z otwartymi ramionami; który jest skończonym dupkiem, a mi nie zależy, by mieć kogoś tak niewychowanego w moim otoczeniu.


*

-Jezu co ty za szajsu słuchasz?-zapytałam szczerząc się do Nicholas'a.
Chłopak dał mi delikatnego kuksańca w bok i podkręcił głośniej muzykę.
-To funky rock, nie znasz się.-uśmiechnął się i zamknął oczy, wsłuchując się w melodyjną muzykę z nic nieznaczącym dla mnie tekstem.
-Znam się na prawdziwym rocku i punku.
-Nie ma czegoś takiego jak prawdziwy rock.-mamrotał, nie otwierając oczu.
-Mówisz?-zaśmiałam się.
-Owszem, Grace, uszanuj moje zdanie. Podobno jesteś "otwartym umysłem", jesteś tolerancyjna dla odmiennych ludzi, zacznij też być tolerancyjna dla czyiś opinii.
-Mówisz teraz o swojej nietolerancji dla homoseksualnych?-zirytowałam się.
-Nie.-podniósł się z pozycji leżącej, teraz siedział na turecku oparty o sofę i patrzył na mnie.-Może.. Nie wiem. Mówię ogólnikowo.
-Dlaczego miałabym szanować czyjeś zdanie, jeśli ktoś nie szanuje mojego?
-Żeby być lepszą od innych, żeby udowodnić innym, że jesteś kimś bardziej inteligentnym niż oni myślą. Pokaż na co cię stać.-uśmiechnął się.
-Co jeśli nie chcę być lepsza?
-Nadal będziesz mizerna i nie będziesz lubić samej siebie.-oznajmił.
-Myślisz, że jesteś "głęboki"?
-Nie, od tego to ty jesteś.-patrząc mi w oczy pocałował mnie w usta.
-To od czego jesteś ty?
-Aby zapewnić ci wystarczająco dobrych dni, dopóki sama ich nie będziesz robiła sobie.-odparł.
-I kiedy będziemy wiedzieć, że już sama będę potrafiła poprawić sobie dzień?
-Nie wiem.-powiedział, całując mnie po raz kolejny.-Sama będziesz to wiedzieć i wtedy mi powiesz "wystarczy".-mruczał nie przerywając muskania moich warg.
Nick zaliczał się do tych chłopaków, którzy cię zmieniają, mimo, że starasz się z całych swoich sił, by zmiana w tobie nie nadeszła to jednak jest to nieuniknione. Pragnęłam być szczęśliwa, przy nim miałam tą okazję, kiedy byłam z nim, on od razu zabierał mój zły humor i sprawiał, że się szczerze uśmiechałam, nie musiałam udawać.
Mężczyzna powoli zaczął zjeżdżać z ustami na moją szyję, którą pieścił pocałunkami. Delikatnie nakazał mi bezsłownie, a czynami do położenia się na podłodze. Nicholas wsadził swoje dłonie pod moje plecy i delikatnie jeździł nimi. Po krótkiej chwili znowu wrócił do całowania moich ust.



Arms around my body.
Kisses on my skin.
I walk away.
I walk away.
But he lingers.
[...] Light as any flower.
You don’t even know.
You pick me up.
You pick me up.
With two fingers.
[...] Careful and with patience.
Hold this tender heart.
[...] And everyone says,
This love will change you.
Well I ask, isn’t that what love’s supposed to do.
It’s same changes.
Dłonie wokół mojego ciała.
Całusy na mojej skórze.
Odchodzę.
Odchodzę.
Ale on ociąga się.
Lekki jak każdy kwiat.
I nawet nie wiesz.
Że wybrałeś mnie.
Wybrałeś mnie.
Dwoma palcami.
Ostrożnie, z cierpliwością.
Trzymaj to czułe serce.
Wszyscy mówią, że,
Miłość cię zmieni.
A ja pytam, czy właśnie miłość nie powinna tego robić.
Całe życie to same zmiany.


sobota, 8 marca 2014

11. Nie myśl nawet o nich, nie są tego warci.

1 komentarz:
Każdy ma tą potrzebę, aby być z kimś, blisko, niekoniecznie uprawiać seks, a zwyczajnie móc porozmawiać na każdy temat i nie zostać ocenionym, by najmniej nie zostać odrzuconym przez tę osobę. Spotykałam się z Nickiem przez kolejne cztery weekendy i nie żałuję, nie myślę, że zmarnowałam czas, znalazłam wreszcie osobę, która uwielbia mnie słuchać i mówi też o sobie, możemy rozmawiać o wszystkim, wszędzie i nie sprawia mu to jakiegoś problemu. Potrzebowałam "bohatera" i chyba go znalazłam.



[...] He's gotta be sure.
And it's gotta be soon.
And he's gotta be larger than life!
Larger than life.
Somewhere after midnight,
In my wildest fantasy.
Somewhere just beyond my reach,
There's someone reaching back for me.
Racing on the thunder and rising with the heat.
It's gonna take a superman to sweep me off my feet.
I need a hero.
Musi być pewien siebie.
I musi przybyć szybko.
Musi być bardziej niezwykły niż życie.
Bardziej niezwykły niż życie.
Gdzieś po północy,
W moim najbardziej dzikich fantazjach.
Gdzieś poza moim zasięgiem,
Musi być ktoś poszukujący mnie.
Pędzący na piorunie i wzrastający wraz z żarem pożądania.
Potrzeba mi supermena, by zwalić mnie z nóg.
Potrzebuję superbohatera.


Uśmiechnęłam się do samej siebie wpatrując się w bruneta, który rzucał balonikami z farbą w duże białe płótno oddalone od nas o 10 metrów, które zaczynało mieć na sobie różnokolorowe plamy.
-Spróbuj sama.-zaproponował wkładając mi w prawą dłoń jeden z baloników.
Zaśmiałam się i rzuciłam w sam środek, na co Nicholas zaklaskał. Odwinął swoją prawą rękę i także jego balon z farmą uderzył w sam środek. Jego salon, w którym było płótno, stało się dość brudnym miejscem, na panelach były farby, mimo, że pod płótnem było kilka foli, to jednak na podłodze pozostawały plamy z farbek.
W pewnym momencie sami siebie zaczęliśmy obsmarowywać różnymi farbami, było śmiesznie. Nie jestem romantyczną osobą, ale taka zabawa wpłynęła na mnie dość pozytywnie, więc kiedy chłopak był blisko mnie i chciał mnie pocałować, nie potrafiłam zapobiec temu, po prostu zamknęłam oczy. Jego miękkość ust sprawiała, że pragnęłam jego bliskości jeszcze więcej, a miętowy oddech sprawiał, że między nami świeżość od razu zaczęła się unosić. 
Młody mężczyzna nie włożył mi języka do ust, tylko delikatnie i subtelnie muskał moje wargi, co wywołało u mnie "motyle w brzuchu". Po chwili odsunęliśmy się do siebie, otworzyliśmy oczy i uśmiechnęliśmy się szeroko. To było coś niesamowitego, ta więź, która nas łączyła, wydawała się być nieprzerywalna i straszliwie pragnęłam, by nigdy to nie minęło.
-Naprawdę cię lubię.-oznajmił wpatrując się we mnie swoimi czekoladowymi oczami.
-Ja ciebie też lubię.-siedząc na podłodze, opierając się o tył kanapy, przyciągnęłam do biustu moje kolana i owinęłam je dłońmi.
-A ufasz mi?
-Nie przyspieszaj niczego, okay?
-Dobrze.-skradł mi szybkiego całusa i zostawił mnie, by następnie pójść do łazienki i wejść pod prysznic.
Nie czułam żadnej presji między nami i to najbardziej mi się spodobało. Nick nie należał do rodzaju chłopaków, którym zależy na opinii innych ludzi, on był wyluzowany i świetnie się bawił nie udając kogoś, kim nie jest. Jego swoboda była zarażająca, przy nim czułam się jak wolna osoba, kiedy tylko znalazłam się obok niego - zapominałam o moich problemach, o mojej rodzinie, o szkole i tym jak bardzo popaprana jestem.
Kiedy woda przestała lecieć, a z ubikacji wyszedł chłopak owinięty ręcznikiem, ja poszłam do łazienki i także się starałam doprowadzić do porządku. Najgorzej było z ubraniami, bluzka i jeansy były całe w farbkach. Rozebrałam się z ubrań, zostałam w samej bieliźnie, włożyłam je do umywalki, następnie nachyliłam się nad wanną i zaczęłam moczyć włosy, które umyłam szamponem Nicholas'a, ale nie wpłynął źle na moje włosy, powiedziałabym, że nawet nadały im blasku. Owinęłam biały ręcznik na włosach i zaczęłam się zastanawiać co zrobić z ciuchami. Po krótkiej chwili usłyszałam pukanie do drzwi.
-Mogę wejść?-spytał szatyn przez drzwi.
Spojrzałam na swoje półnagie ciało.
-Raczej nie.-odpowiedziałam.
-Mogę ci jakoś pomóc?-czekając na zewnątrz pokoju.
-Wątpię.
-A coś jest nie tak?
-Muszę wyprać jeansy i bluzkę, a muszę za niecałe dwie godziny stawić się w Army Academy i one nie zdążą wyschnąć.-oznajmiłam siadając na bok wanny.
-Mogę ci pożyczyć jakieś moje ubranie.-zaproponował, na co się zaśmiałam.
-Nie miałabym życia, gdybym poszła w męskim ubraniu do Academy, oni tylko czekają na taki moment.
-Ej, mówiłaś, że stawiasz się im, no to pokaż im, że masz ich głęboko w poważaniu i tyle. Nie myśl nawet o nich, nie są tego warci.
-Dobra, może masz rację.-owinęłam się ręcznikiem wokół ciała i wyszłam z łazienki.-Pokaż mi swoje ubrania.
Chłopak uśmiechnął się szeroko i poszedł ze mną do swojej sypialni, otworzył szafę z bluzami i spodniami i zaczęłam przebierać. Wybrałam białą bluzkę na długi rękaw oraz trochę większe jeansy, które podwinęłam na nogawkach. Ubiór sprawiał, że wyglądałam na modelkę plus size, która urwała si z wybiegu, dosłownie. 
-Ładnemu we wszystkim ładnie.-szepnął brunet.
Spojrzałam na niego zniesmaczona.
-Nie mów tak.-powiedziałam cicho.
Mimo, że widziałam, że nie wyglądam najgorzej, to jednak coś sprawiało, że nie potrafiłam przyznać racji człowiekowi, który ocenia mój wygląd. 
-Do zobaczenia.-pożegnałam się i wyszłam z mieszkania Nick'a.

*

Czułam się kiepsko ze względu na ciągły ból brzucha i nawet mięta nie pomagała. Okres mi się spóźniał, wiedziałam więc, że kiedy już się pojawi, będzie bolesny, tak bardzo, że będę chciała tylko leżeć w łóżku z termoforem przy brzuchu. To jest straszliwy ból i nie polecam tego nikomu innemu, a szczególnie kobietom w Army Academy, już tylko czekałam aż znajdzie się ktoś, kto będzie się nabijał z mojej kobiecości. 
-Witamy cię, kadecie George!-krzyknął niezadowolony dyrektor szkoły stojąc u moich drzwi od pokoju.-Minuta spóźnienia!-wyjaśnił widząc mój wzrok.
Chcąc, nie chcąc, musiałam oddać mu szacunek i wyprostowałam się z ręką u czoła.
-Spocznij, kadecie George!-wykrzyczał przybliżając się do mnie.-Może wyjaśnisz, dlaczego masz bałagan w pokoju?!
Podeszłam do drzwi, prowadzących do mojego pokoju i zobaczyłam syf, po prostu totalny syf.
-To nie ja, sir!-krzyknęłam wyprostowana, patrząc na niego.
-W takim razie kto dostał się do twojego pokoju, George? Nikt inny nie ma klucza.
-Woźny ma, a pozostali kadeci mężczyźni nie przepadają za mną, sir!
-Czy chcesz powiedzieć, że jesteś gnębiona, kadecie George?-zapytał poważnie.
Wiedziałam, że to mężczyzna, wiedziałam, że się tutaj uczył i byłam niemal pewna, że też należał do osób, które nie chcą tutaj kobiet, ale ze względów finansowych są na to skazani.
-Nie, sir!-krzyknęłam.
-Posprzątaj tutaj i żebym nigdy więcej nie zastał tutaj tego bałaganu, a jutro masz zakaz wyjścia ze szkoły kadecie, George!-wykrzyczał i odszedł.
Weszłam do pokoju i zamknęłam drzwi za sobą. Wiedziałam czyja to sprawka, miałam zamiar coś z tym zrobić, ale wolałam poczekać na odpowiedni moment.

środa, 5 marca 2014

10. Może jestem naiwny, ale wierzę, że ktoś na świecie musi być, kto nie czeka na nasze porażki, kto chce nam pomóc.

Brak komentarzy:
-To powiedz mi coś o sobie?-powiedziałam, kiedy usiedliśmy przy stole, a Nick podał mi talerz z kurczakiem w ostrym sosie oraz ziemniaki w maśle.
Obiad był kaloryczny, wiedziałam to, ale nie dałam po sobie poznać, że nie zamierzam zjeść za dużo tej kolacji.
Chłopak usiadł naprzeciwko mnie i konsumował przyrządzone przez samego siebie danie, a ja tylko dłubałam w mięsie.
-Umm.. Nie ma dużo do opowiadania, moje życie jest zwykłe, nic co by się wyróżniało. Mam dwoje starszych braci, moi obojga rodzice pracują, a sam jestem w College'u kryminalistycznym, ale wziąłem sobie rok wolnego, bo ostatnimi czasy mam gorsze dni. Niektórzy określiliby moje życie jako "idealne", ale ja tego tak nie widzę, dla mnie jest zbyt nudne, za bardzo takie jak innych.-powiedział połykając jedzenie i starając się nie ubrudzić
-To skąd u ciebie wahania nastroju?-spytałam.
-Problemy w szkole, powiedzmy, że są w mojej szkole różne hierarchie i nie jestem na najwyższym szczeblu.
-W każdej szkole tak jest.-mruknęłam.-Może zbierz grupę, która też jest upokarzana i dajcie nauczkę tym gburom?
-Nie możemy nic zrobić im, w tym właśnie rzecz.-powiedział zirytowany z całej sytuacji, która się dzieje w jego szkole.-Syn dyrektora szkoły jest tym, który najbardziej traktuje nas jak śmieci, a jak coś mu robimy..
-To zostaniecie wywaleni z College'a.-przerwałam mu, a ten pokiwał głową do mnie.-To tylko czekać aż skończysz college i do lepszej pracy niż on.-uśmiechnęłam się do niego.-Już wiesz, gdzie będziesz pracował?
-Tak, Washington ma dobrze rozwinięty program dla stażystów w FBI, a jako, że i ja mam wpływowych rodziców, nie będzie to problemem dostać się tam.
-To co tutaj robisz, sam?
-W tym domu się wychowałem, rodzice bywają tutaj rzadziej niż mój brat, który bywa tutaj raz na pół roku, wybrałem te miejsce, bo tutaj mam znajomych z high school oraz lubię spokój, a Williston jest wyjątkowo spokojnym miasteczkiem.
-Rozumiem.
-Dlaczego nie jest?-zapytał patrząc na talerz z nie ruszonym jedzeniem.-Nie smakuje ci?
-Nie, po prostu nie jestem głodna.
-Danie nie przekracza 400 kalorii.-powiedział wpatrując się we mnie.-Zjedz choć trochę.
Brunet wiedział co jest w mojej głowie, a tym czasem nawet nie przyszło mu do głowy, aby mnie wyśmiać czy dopytywać się dlaczego nie jestem "głodna", on zwyczajnie wiedział, dlaczego nie chcę jeść.
Zmarszczyłam nos, po czym nabrałam małą porcję potłuczonych ziemniaków z masłem na widelec i włożyłam do ust; ten czyn wywołał uśmiech na ustach Nicolas'a, co i mnie się spodobało.
-A jak to jest z tobą, bo to co spostrzegłem to masz zaburzenie własnej wartości i depresję.-patrzył na mnie i czekał na odpowiedź z mojej strony.
Połknęłam jedzenie i popiłam je wodą. Podniosłam głowę i zaczęłam się wpatrywać w bruneta.
-Wiesz.. Kiedy byłam młodsza, zawsze wierzyłam, że mam coś w sobie, że jest coś więcej we mnie niż tylko grube ciało i zwyczajna twarz; że jestem coś warta, ale z mijającym czasem, zaczęłam w to wątpić, a to, że nie miałam przyjaciół wokół mnie tylko mnie przy tym utwierdziło. Nie szukam litości u innych, nawet nie zależy mi, by ktokolwiek mnie zrozumiał. Często mówię innym, że po prostu ich nie lubię, mimo, że naprawdę wielbię ich, tylko po to, aby się ode mnie odczepili i dali mi spokój, bo to nie jest tak, że nikt się nie napatoczył, ale te dwie osoby były tylko dwoma osobami i do tego to były osoby, które otaczają się ludźmi, nie ważne jakimi, ważne jaka ilość, a ja nie chcę być "ilością" dla kogoś, chcę być kimś.
-Dla mnie jesteś kimś.-wtrącił się.



[...] If you ever need a friend.
Someone to care and understand.
I'll be right here.
[...] Whenever you need me.
There's no need to worry.
You know that I'm gonna be,
Right here.
Jeśli potrzebowałabyś kiedykolwiek przyjaciela.
Kogoś, kto się troszczy i rozumie.
Będę tutaj.
Nie ma znaczenia kiedy mnie potrzebujesz.
Nie ma po co się martwić.
Wiesz, że tutaj będę,
Właśnie tutaj.


Po mojej twarzy przebiegł grymas, ale po krótkiej chwili nastała na mojej twarzy oaza chłodności.
-Nick, nie obraź się, ale za trzy miesiące znikniesz i nie obrócisz się.-oznajmiłam.-Więc tak jakby się nie liczysz.-westchnęłam.-Nie mam.. Nie wyróżniam się z tłumu, jeśli chodzi o osobowość i pasję. Nie mam żadnych talentów ani atutów, którymi mogłabym się pochwalić. Nie mam zielonego pojęcia co mam zrobić z własnym życiem. Powracając do ludzi, lubię minimalizować stratę, kiedy umrę, bo wiem, że niedługo wybuchnę ponownie i na pewno spróbuję się zabić, czuję się jak bomba i nie sądzę, abyś to zrozumiał.
-Dlaczego?
-Masz idealne życie, sam tak nawet powiedziałeś..
-Nie oceniaj mnie.-mruknął.
-"Nie oceniaj mnie".-zaśmiałam się nerwowo.-Wiesz co, za dużo razy słyszałam taką prośbę, a za kilka dni ktoś mnie obsmarowywał za moimi plecami.-w moich oczach pojawiły się łzy, których nie potrafiłam kontrolować.-To nie jest takie proste dla mnie zaufać, ja nie ufam byle komu i nawet nie mam zamiaru powrócić do bycia tą naiwną, głupiutką dziewczyną, która ufała, że ludzie są dobrzy i że nigdy nikt mnie nie skrzywdzi, bo zgadnij co, to była totalną ściemą! Ludzie tylko czekają, abyś się potknął, a później będą tylko to wykorzystywać przeciwko tobie, bo takie jest właśnie nasze społeczeństwo, więc nie zamierzam oszukiwać samą siebie, że wcale tak nie jest.
-Grace. Myślisz, że nigdy mnie nikt nie zranił?-zapytał z otwartymi ustami, które od razu świadczyły, jak bardzo ukrył swój ból.-No więc chcę cię oświecić, zostałem zraniony, nie raz, ale takie jest właśnie życie. Świat niszczy, a raczej ludzie niszczą innych, tylko po to, by oni sami zabłysnęli przez jedynie sekundę, ale to nie świadczy, że wszyscy czyhają na twój upadek. Może jestem naiwny, ale wierzę, że ktoś na świecie musi być, kto nie czeka na nasze porażki, kto chce nam pomóc.
Wiedziałam, że chodzi mu o Anioły Stróże, wiedziałam, że teraz powinnam powiedzieć, że na pewno po świecie chodzą takie istoty, że świat nie jest zły, ale nie potrafiłam, nie chciałam, bo sama nie wierzyłam w to. Moje "pogaduszki", a raczej dyskusje z Bogiem? Och błagam, od razu to brzmi jak słowa jakiegoś świra. Już sama wątpię, że jestem o zdrowych zmysłach.
-Chyba muszę już iść.-szepnęłam nie mogąc się podnieść z krzesła i patrząc w przestrzeń za postacią Nicolas'a.
-Zostań.-nie patrzył na mnie a na obrus, ale w jego głosie wyczułam nutkę smutku.
Westchnęłam głęboko, nie potrafiłam nabrać normalnie powietrza, miałam wrażenie, że zaraz się uduszę.
-Źle się czuję.-oznajmiłam.-Chyba najlepiej będzie jak pójdę.-kiedy wstałam, na tym się skończyło, zapadła ciemność, a ja znalazłam się w "Wariatkowie".
-Co ty do cholery robisz?!-potężny głos rozgrzmiał po całym śnieżnym budynku.
Patrzyłam na postać, od którego światłość się odbijała, co było niemożliwe zobaczyć jego osobę.
-Dobrze wiesz, że nie możesz być taka nijaka dla problemów ludzi!-wykrzyczał.-Jesteś od tego, aby pomagać, więc schowaj własne problemy dla siebie, a jeśli potrzebujesz kogoś to i tak stawiaj jego problemy pierwsze! Nie widzisz, że on jest w podobnej rozsypce jakiej jesteś i ty?
Nie myślcie, że Bóg jest palantem, to znaczy, trochę jest, ale takim ogromnym, pewnie ma gorszy dzień.
-Nie chcę nasłać na ciebie kogoś do pomocy i tobie, chodzisz do psychiatry to powinno wystarczyć.
-Co mam niby mu powiedzieć? Jak wspierać?! Sam chodzi do psychiatry. Nie wiem co mam robić! Trzeba było mi pozwolić umrzeć.-powiedziała śmiało do postaci stojącej przede mną.
-Nie wiesz co robić?! Może przestań być taką egoistką!-wykrzyczał oburzony i obudził mnie.
Widziałam przestraszone oczy Nicolas'a i zaczęło mi się robić naprawdę niedobrze.
-Co dzisiaj zjadłaś? Jadłaś w ogóle?!-pytał zszokowany moim omdleniem.
Podniosłam się na nogi i przytrzymywałam się o stół, spojrzałam na niego zdenerwowana.
-Jadłam, okay? Jadłam. Po prostu ostatnimi czasy mam zawroty głowy i tyle.-oznajmiłam zirytowana przejęciem się chłopaka.
Wiedziałam co mówił "Bóg", wiedziałam co miał na myśli mówiąc "egoistka", ale nie potrafiłam się przed kimś wystarczająco otworzyć, by pokazać, że w ogóle nie jestem samolubna.
Westchnęłam głęboko i usiadłam na krzesło przy stole.
-Nie martw się o mnie, w porządku?-podniosłam na niego wzrok.
-To nie było w porządku.-mruknął.-Ale wiem, że nie mam nic do gadania z twoim odżywianiem i może to naprawdę głupie, ale wierzę ci, jeśli mówisz, że jadłaś, mam nadzieję, że nie skłamałaś.
Nie skłamałam, mówiłam prawdę, a raczej półprawdę, no bo, jak mogłam mu powiedzieć,że mdleję, aby porozmawiać z Bogiem? To dopiero "Chrześcijańskie", a w ogóle nie jestem religijna! Dla jednych to zaszczyt, dla drugich to choroba, zaliczam się do drugich, za cholerę nie wiem co się dzieje ze mną.

niedziela, 2 marca 2014

9. Ja nie miewam przyjaciół i nie chichoczę, tylko dlatego, że jakiś chłopak rozmawia ze mną.

2 komentarze:
-Nie widzisz, że staram się z tobą zaprzyjaźnić?-zapytał uśmiechając się Nick.
Spojrzałam na niego zza maski bez emocji.
-Ja nie miewam przyjaciół i nie chichoczę, tylko dlatego, że jakiś chłopak rozmawia ze mną..-odpowiedziałam mu.
-Nie musisz chichotać.-oznajmił wesoło.-Wystarczy uśmiech, bo podejrzewam, że musi ci pasować do oczu.
-To był kiepski tekst na podryw.-mruknęłam pod nosem.
-No dobra, to co powiesz na jeszcze bardziej oklepany: "Czy bolało cię jak spadłaś z nieba? Bo takie anioły nie widzi się często."
Mimo, że ten tekst był wiele razy usłyszany przeze mnie, oczywiście nie do mnie, to jednak wzbudził we mnie instynkt przetrwania, adrenalina uderzyła we mnie szybkością światła i chciałam uciec z pokoju, obawiając się, że nie jestem bezpieczna, że ktoś coś wie.
-Wiesz co? Naprawdę nie mam ochoty na flirt.-powiedziałam zrezygnowana.
-Dlaczego?
-Bo wiem, że on i tak donikąd prowadzi.
-Nie mów od razu, że donikąd, bo skąd wiesz, co mam w głowie.-jego zadziorny uśmiech i promyczki w oczach były przerażająco wspaniałe dla mnie, i nie potrafiłam się powstrzymać przed uśmiechem.
-Wygrałeś.-zrzuciłam maskę, na co chłopak się zaśmiał i dotknął mojego ramienia.
-No, to co powiesz na pizzę? Prawdziwą pizzę z samym serem i pieczarkami?-spytał wiedząc ze spotkań, że jestem wegetarianką.
Pokiwałam głową na "tak".
-Ale później.-uparłam się, aby zostać do końca spotkania "popaprańców", którym sama także byłam.
Odstawiliśmy plastikowe kubki na stolik i poszliśmy do grupy młodzieży z problemami, usiedliśmy na krzesłach naprzeciwko siebie, a ja wróciłam do maski bez emocji.
-Co myślicie o "wolności"?-zapytał psychiatra.
-Jest nieosiągalna.-szepnęła wychudzona dziewczyna.
-Wcale, że nie jest nieosiągalna, kiedy skończę 18 lat i wyniosę się z mojego rodzinnego domu, będę wolnym człowiekiem.-oznajmił chłopak, który się tnie.
-Myślę, że wolność można osiągnąć tylko psychicznie.-powiedziała dziewczyna z depresją.
-Za to ja uważam, że wolność jest przereklamowana.-odezwał się Nick.
-To znaczy?-ciągnął temat psychiatra wpatrując się w Nicolas'a.
-Wydaje mi się, że tak naprawdę to nikt nie chce być wolny, bo jeśli było by się "wolnym", nie było by się wśród ludzi, a nikt nie chce być samotny.-wyjaśnił.-Wnioskuję z tego, że wolność jest przez społeczność mylona z niezależnością, bo sama "wolność" jest przeterminowana.
Brunet zerknął na mnie, a ja posłałam mu delikatny uśmiech. Podobało mi się, w jaki sposób myślał, nadawaliśmy na podobnych falach, co było okropne, a zarazem całkowicie mi odpowiadało. Pragnęłam, abym wraz z Nick'iem się bliżej poznali, polubiłam go.

*

Minął tydzień od nocy, która była męczarnią dla każdej kadetki, nawet dla mnie w pewnym stopniu, a uczniowie Akademii nadal patrzyli na mnie jakbym uderzyła tego chłopaka dosłownie przed chwilą. Byłam znudzona wszystkim co się działo. Nic się nie zmieniło ze strony chłopaków, chyba nawet bardziej mnie znielubili, nie żeby mi zależało na ich opinii. Dziewczyny widziały we mnie bohaterkę, a niektóre nawet chciały się ze mną zaprzyjaźnić, co kończyło się moim spojrzeniem: "Możesz się odsunąć ode mnie? Wchodzisz w moją przestrzeń." Byłam wykończona psychicznie i fizycznie wszystkim co się działo w Army Academy, nawet lekcjami; okazało się, że w trzeciej klasie będę mieć jeszcze WDŻ, czyli kolejna lekcja, z której nie mogę się wypisać a jest mi kompletnie zbędna, tak jak religia, gdyż nie wierzę w Boga czy jakieś Bóstwa. Mimo, że trudno mi było uwierzyć w całą tą historię o mnie i byciu aniołem stróżem to jednak miałam pewność, że nie jestem chora na schizofrenię. Niepokoiło mnie to, że nie widziałam się z "Dyrektorem" Nieba już od kilku tygodni i obawiałam się, że coś nadciąga.
-Ziemia do kadetki George!-wykrzyczał mi niemal do ucha były oficer, teraźniejszy nauczyciel lekcji w-fu, zabawne, prawda? Mamy tak dużo lekcji siłowych, rozciągających i tym podobnych, a mamy w-f, no, tym się różni, że na w-fie zawsze gramy w gry zespołowe.
Wyprostowałam się i spojrzałam na oficera Rey'a, który był całkowicie niegroźny, jednak dla samego faktu, trzeba było udawać jak to bardzo się go boimy, szczególnie dziewczęta, by chłopaki nie skarżyli się na nierówne traktowanie, jako, że Rey uwielbia denerwować kadetów-mężczyzn.
Otworzyłam szeroko oczy i spojrzałam na zainteresowanego mężczyznę.
-Proszę wybierać zawodników, kadetko George!-powtórzył głośno.
Stałam naprzeciwko grupki 2 klasistów, dziewczyn i chłopaków, obok mnie stała Daisy, która od razu wybrała swojego byłego chłopaka. Wskazałam na młodego mężczyznę, który miał mocno umięśnione nogi, następnie przekazałam mu wybieranie grupy zawodników. Mieliśmy grać w piłkę nożną, która najbardziej ze wszystkich gier zespołowych podobała mi się i czułam się całkiem dobrze wiedząc, że nie muszę nic innego robić, jak tylko kopać piłkę do bramki.

*

-Znowu to robisz.-komentował cicho Nick wpatrując się we mnie, ale jednocześnie zerkał na telewizor w pizzerii, gdzie wyświetlali wiadomości; zginęło 20 młodych ludzi, w zbiorowym samobójstwie, w Washington'ie, wiedziałam co to oznaczało i oczekiwałam aż Bóg zrobi zebranie Aniołów Stróżów i zacznie nas pytać wściekły i oburzony dlaczego nikt z nas temu nie zapobiegł.
-Co?-zapytałam obracając się w jego stronę.
-Zachowujesz się, jakbyś wiedziała więcej.-uśmiechnął się.
-Wydaje ci się, nie wiem nic więcej od ciebie.-skłamałam z uśmiechem.
Mężczyzna chwilę mierzył mnie wzrokiem, ale nie skomentował niczego, wiedziałam, że wie iż skłamałam, ale byłam pewna, iż nie ma zielonego pojęcia o czym wiem więcej. Wiedziałam więcej od niego, tylko tyle, że Bóg istnieje, ale wcale nie jest takim "super" za jakiego wszyscy go mają, przysłowie "Bóg stworzył nas na swój wizerunek" jest prawdziwe, facet popełnia błędy, przecież przywrócił mnie do życia i do tego dał mi miano "Anioł Stróż", to jak dostać pracę, mimo że się do tego człowiek nie nadaje. Wiedziałam od Nick'a więcej także to, jak wygląda świat naprawdę, że jest więcej Aniołów, które chodzą po Ziemi i opiekują się nami, a w zamian za to, mogą czasem się poczuć jak ludzie. Pragnęłam być już energią, chciałam umrzeć, a tym czasem żyłam i wiedziałam, że jeśli spróbuję popełnić samobójstwo ponownie, Bóg znów mnie przywróci, on zawsze będzie mnie przywracał do życia, dopóki sam nie uzna, że już się nie nadaję do życia; sęk w tym, że nie mogę się nie opiekować ludźmi, coś we mnie sprawia, że muszę ich powstrzymywać przed złymi rzeczami, które się dzieją. Mimo, że stałam się Aniołem Stróżem ludzi, to nadal mam człowieczeństwo w sobie, jestem egoistyczna i do tego popełniam błędy, dobra, mnóstwo błędów. Czuję się źle z samą myślą, że będę musiała żyć na Ziemi jako anioł, ale jednocześnie jako człowiek, bo rzeczywistość jest taka, że nadal będę się starzeć i mieć problemy z samą sobą, a to trochę za dużo.
Poczułam jak ktoś dotyka mojego policzka, więc szybko złapałam dłoń napastnika i otworzyłam oczy.
-Spokojnie..-szepnął Nicolas szczerząc się do mnie.
Puściłam jego dłoń z mocnego uścisku i złożyłam usta w niezadowolony dzióbek.
-Wolę nie wiedzieć co robiłeś.-mruknęłam podnosząc się z miejsca.-Muszę już iść do Akademii, bo za niecałą godzinę jest sprawdzanie czy każdy jest już w pokoju, a nie chcę skończyć bez prawa wyjścia z akademii.
Chłopak wstał w celu odprowadzenia mnie pod budynek szkolny.
-Nie możesz iść ze mną, to dwa kilometry przez las, nie chcę, aby szedł nocą przez las.-oznajmiłam idąc przez miasto obok Nick'a.
-Martwisz się o mnie?-zaśmiał się.-Jak miło.
-Nie, po prostu nie chcę, aby ci się coś stało, bo będzie na mnie.
-Zwróć uwagę na to, że w takim razie też będziesz szła sama przez ciemny las i też coś może ci się stać.
-Jestem dużą dziewczynką i sobie poradzę.-powiedziałam.
-A ja jestem dużym chłopcem i też sobie poradzę.-powtórzył z uśmiechem.
-Irytujesz mnie.-uśmiechnęłam się pod nosem.
-W dobry sposób.-rzekł otaczając mnie swoim lewym ramieniem.-Jutro niedziela, co ty na to, abyśmy poszli na prawdziwą randkę, tyle, że w południe?-zaproponował.
-Od spotkania, po randkę?-rzuciłam mu spłoszone spojrzenie.-Nie za szybko?
-Nie lubię spowalniania sytuacji, wolę szybko coś przeżyć i czasem to powtarzać.
Wyszczerzyłam się do samej siebie, a śmiech wydostawał się przez zamknięte usta.
-Chodzi tylko o randki, prawda?-zapytałam śmiejąc się.-Nie masz na myśli, że szybko kończysz?-patrzyłam w jego oczy, dając mu wyraźnie do zrozumienia, że chodzi mi o sytuacje podczas seksu.
Kiedy ja się śmiałam, chłopak przypalił "buraka", ale po chwili sam zaczął się śmiać.
-Nie, nie miałem na myśli szybkiego numerku.-wyszeptał mi na ucho, kiedy mijaliśmy ludzi, pod koniec miasta.
-Okay, mogę wyjść z Akademii jutro o 10, więc byłabym w centrum o około 11. Gdzie chcesz się spotkać? Jak mam się ubrać?-zapytałam wchodząc na dróżkę prowadzącą przez las do Army Academy.
-Ubierz się jak chcesz, a idziemy do kina a później na kolację u mnie, będę gotować ostre jedzenie, więc się przygotuj.-jego oczy przypominały mi, że nie każdy człowiek jest zły, jego dobroć była wymalowana w jego sympatycznych oczach.
-Czyli nie będzie ci przeszkadzać, jeśli założę jeansy?-chciałam się upewnić.
-Nie, dlaczego miałby mi to przeszkadzać?
-Nie wiem, po prostu większość ludzi wolą, aby kobiety nosiły szpilki i sukienki, tylko dlatego, że niby "ładniej" wyglądają..
Mężczyzna zatrzymał się i dotknął mojego polika całą swoją prawą dłonią.
-Nie jestem "większością ludności", okay? Wolę, aby każdy ubierał się tak jak chce, a nie tak, jak inni tego chcą. Lubię cię w jeansach, bo sama lubisz ten rodzaj ubioru, więc będę nawet zaszczycony, że nie będziesz udawać dla mnie kogoś kim nie jesteś.-powiedział, po czym mnie pocałował delikatnie w czoło, po chwili się oddalił ode mnie i ruszyliśmy przed siebie.
-Jesteś jedynym facetem, jakiego znam, który nie żąda od kobiet, by się zachowywały jak kobiety z lat 60, wiesz, kiedy to światem rządziła moda na garsonki u kobiet i charakter, który był niewinny i ciągle udający miłego, a kiedy kobieta miała jakieś zdanie to dostawała różne kary.
-W takim razie, obyś poznała więcej takich facetów jak ja, oprócz faktu, że umawialiby się z tobą, bo nie chcę się dzielić kimś tak niesamowitym.
Zmarszczyłam nos.
-Nie jestem niesamowita.-zaprzeczyłam jego komplementowi.-Mam wady.
-Każdy je ma.
-Ale ja mam więcej wad niż zalet.
-Nieprawda. Znam cię już trochę, prawie cztery tygodnie i mówię ci, jesteś o wiele lepsza niż myślisz.
Jego słowa wywołały u mnie łzy w oczach, dlatego musiałam wrócić do mojej maski, która odgradzała wszelkie uczucia. Stanęłam w miejscu i wyprostowałam się.
-Już sama dojdę.-uparłam się.-Idź.
Chłopak mierzył mnie bacznie, widziałam jak zaczął otwierać usta, by się mi przeciwstawić, ale nic nie wyleciało z jego buzi oprócz zapachu tytoniowego, który tak bardzo uwielbiałam.
-Wiesz, że możesz być ze mną szczera, prawda?-jego twarz stała się poważna.-Obiecuję ci, że cię nie zranię.
-Za dużo razy to słyszałam.-odsunęłam się od niego.-Nie chcę, abyś myślał, że coś źle zrobiłeś, to moja wina, jestem po prostu popaprana i tego się nie da naprawić, próbowałam.
-Grace.-złapał mnie mocno za ramiona i potrząsnął mną lekko.-Grace, nie mów nigdy przy mnie, że jesteś popaprana, bo nie jesteś, masz problemy, ale to nie robi z ciebie świrusa. Świrami są osoby, które nazywają innych ludzi świrami, rozumiesz? Kiedy ktoś kogoś ocenia, jest świrusem, szczególnie, kiedy nie ma prawa do tego i nie zna danej osoby.
-Nicolas..-zdjęłam jego dłonie z moich ramion i spojrzałam na niego spod maski.-To nie zmienia faktu, że chcę iść sama.
Chłopak pokiwał głową.
-Przyjdziesz jutro?-chciał się upewnić.
-Tak.-obiecałam.
Młody mężczyzna jeszcze kilka razy spojrzał na mnie zatroskany, ale w końcu odszedł ode mnie, w stronę miasta. Odwróciłam się od niego i ruszyłam w stronę budynku szkoły. Moja mina już nie przypominała skały, miałam wręcz wymalowany smutek, złość i niechęć do samej siebie, łzy w oczach wróżyły tylko to, że Nick dotarł do mnie, która jest wewnątrz, która jest zbyt wrażliwa i złamana, a kiedy się dotrze do tego małego "Bambie" to już nic nie powstrzyma drugiej mnie od płaczu, a maska tylko pogorszy stan. Starałam się powstrzymywać łzy i moją załamaną minę, kiedy przedostawałam się przez plac szkoły, korytarze szkoły, i chyba nawet mi się udało, by nikt nie zauważył mojego prawdziwego humoru. Weszłam do mojego jednoosobowego pokoju jak burza, zamknęłam drzwi na klucz, rzuciłam się na łóżko i zaczęłam cicho płakać w poduszkę, którą szczelnie przywarłam do moich ust.
Moje samopoczucie legło w gruzach, miałam chęć płakać, dopóki nie wypłaczę sobie gałek ocznych, ale wiedziałam, że jeśli będę kontynuować płacz, ktoś usłyszy i zwróci uwagę na to, a nie widziało mi się pokazać innym moją słabość.
Chciałam zaufać komuś i nie miałam nic przeciwko, by tą osobą był Nicolas, jednak moja chęć, by zostać zranioną była minimalna i obawiałam się zostać skrzywdzoną ponownie, a jego obietnice są puste, tak jak każdego innego człowieka, nawet jak moje. Nie chciałam, aby Nick wiedział o mnie za dużo, ludzie nie radzą sobie, kiedy wiedzą jak bardzo popaprana jestem, nie radzą sobie i opuszczają mnie, a ja nie chciałam, by nowy mężczyzna w moim życiu od razu mnie opuścił. Nie trudno było mi samą siebie rozszyfrować, zaczęłam się przywiązywać od niego i to mnie przerażało. Nie chciałam mieć złamanego serca po raz kolejny.



[...] I need to let you go.
Your eyes,
They shine so bright.
I wanna save their light.
I can't escape this now,
Unless you show me how.
[...] Don't get too close.
It's dark inside.
It's where my demons hide.
Muszę pozwolić dać ci odejść.
Twoje oczy,
Lśnią tak jasno.
Chcę ocalić ich światło.
Nie potrafię uciec,
Chyba, że pokażesz mi jak.
Nie podchodź zbyt blisko,
Jest tutaj ciemno w środku.
To miejsce, gdzie są ukryte moje demony.