Anioły Stróże istnieją i są wokół nas, wiem to bo sama jednym jestem. Umarłam, a raczej próbowałam umrzeć, chyba mi się udało bo trafiłam do "nieba". Niebo samo w sobie nie przypomina miejsca o jakim mówią wierzący ludzie. Niebo jest jak szpital psychiatryczny, wszystko jest śnieżono białe, ludzie pojawiają się znikąd i nie mogą się samoistnie wydostać. W Niebie jest Bóg, jest on Dyrektorem wszystkiego i wszystkich, to on dowodzi aniołami i duszami, które przychodzą do niego. Nie ma Piekła, są lepsze cele i gorsze. Cele to pokoje grupowe, każda dusza przechodzi ze stanu duchowego do energii, którą Dyrektor wysyła na ziemię, by pomóc znaleźć lek na jakaś z chorób. Złe Cele różnią się od Dobrych Cek tym, że w Dobrych szybko się przekształcasz w energię i jest to bezbolesne, a w Złych dusza nie może się pospieszyć i to boli, a energia, która się jest nie idzie na Ziemię a w Zapomnienie, a wierzcie mi, nie chcecie iść w Zapomnienie.
Aniołem Stróżem zostaje się, kiedy jest się naprawdę wyjątkowym - co jest zabawne, wcale się tak nie czuję - Bóg wybiera cię i proponuje ci zostanie Aniołem Stróżem, robotę na pełen etat przy pilnowaniu ludzi, jeśli odmówisz to już pewne, że pójdziesz do Złej Celi, a mnie jakoś się nie marzyło, bym odchodziła w bólu.
Próbowałam się zabić łykając tabletki nasenne, rozrzedzające krew i starałam się podciąć sobie żyły na nadgarstkach. Umarłam, a teraz na nowo żyję. Dostałam szansę i wcale nie czuję się wyjątkowo. Chciałam odejść z tego świata, tymczasem wróciłam tutaj, by opiekować się innymi ludźmi z depresją, zaburzeniem odżywiania oraz z chęciami zabicia samych siebie lub innych - innymi słowami, mam się opiekować ludźmi, którzy są tak samo pojebani jak i ja.
Nie mam super mocy, no chyba, że liczyć moją kondycję - przebiegnę siedem kilometrów i nie dostanę zadyszki, jednakże to jest zabawne biorąc pod uwagę, że nie mogę zrzucić zbędnych kilogramów. Ta sama waga, w jakiej chciałam umrzeć - moja kara za chęć zabicia czegoś co stworzył Dyrektor Wariatkowo-Nieba.
-Pewnego dnia zobaczysz, że potrafisz więcej niż kiedyś. - Powiedział do mnie starzec.
Minął miesiąc, a ja nadal nie odkryłam innej mocy niż bieganie bez zadyszki. Może wystartuję w maratonie..
-Jak się dzisiaj czujesz?-zapytał mnie John, mój psychiatra.
-Genialnie.-mruknęłam.
Mężczyzna mrużył oczy niezadowolony.
-Nie sądzisz, że to dziwne, że ciągle twierdzisz, że czujesz się "genialnie", a chcę ci przypomnieć, że niecały miesiąc temu próbowałaś się zabić. Może jednak nie czujesz się tak dobrze, jak mówisz?-insynuował, że kłamię.
-Skoro wiesz lepiej jak się czuję, to po jaką cholerę mnie pytasz?
Tak właśnie mijały nasze spotkania i nie chciałam tego zmienić. Średnio mi się podobało, abym miała mówić jakiemuś obcemu facetowi jak się czuję, tylko dlatego, że mu zapłacono, by mnie wysłuchać. Rodzice zamiast samodzielnie ze mną porozmawiać - nie żebym z nimi rozmawiała, ale to już lepiej by wyglądało - to wysłali mnie na sesje z jakimś dziadkiem.
-Chciałbym zrobić ogromny krok w twoje wyzdrowienie. We wtorki o 18 prowadzę zawsze spotkania grupowe, kilka osób z problemami, podobnymi jak twoje. Może przyjdziesz?-zaproponował.
-Wątpię, mam zawalony terminarz spotkaniami z samą sobą i Bogiem.
-Do kościoła chodzisz?-zapytał zaskoczony.
-Nie. Spotykam się z nim w Niebie.-zaśmiałam się.
-Żartujesz, prawa?-był zaniepokojony.
-Oczywiście, że tak!-przestałam sie śmiać i tylko z uśmiechem powiedziałam.: "Co jak co, ale wariatką nie jestem."
-No dobrze. W takim razie we wtorek na 18, do tego gabinetu.
Wstałam z krzesełka, wzięłam moją kurtkę, założyłam na siebie i wyszłam z gabinetu, który śmierdział świeczkami. Idąc przez korytarz, mijając okno zauważyłam dziewczynę, około 12 lat, stojącą jak wryta na ruchliwej jezdni. Wiedziałam, że to jest moja "wielka" chwila. Szybkim tempem zbiegłam po schodach, znalazłam się na ulicy i złapałam za rękę nastolatkę i szybko zbiegłam z jezdni, dosłownie przed samochodem.
-Mogłaś umrzeć!-krzyknęłam na blondynkę, kiedy ta płakała żałośnie.
-Chciałam umrzeć!-wykrzyczała do mnie pełna łez.
Nie wiem kiedy, ale otoczyli mnie ludzie, mnóstwo ludzi i zaczęli klaskać, wzywać pogotowie, nawet zawołali psychiatrę, z którym jeszcze niedawno miałam sesję. Nie wiem dlaczego ludzie mi gratulowali uratowania tej dziewczyny, przecież ona chciała umrzeć, ważniejsze jest się nią zająć niż mi gratulować szybkiego biegu i uratowania jej.
*
Nie tak wyobrażałam sobie moje życie. Ratowanie nastolatków z opresji przed samymi sobą. Chodzenie co tydzień do psychiatry. W śnie czasem bywanie w Niebie i rozmawianie z Dyrektorem. Bieganie bez zadyszki, bez potu i do tego długie dystanse. Nie chciałam być "z tych, które ratują", wiedziałam co te osoby czują, te które ratuję, jakby były bezsilne nawet przy umieraniu, że je niepotrzebnie ratuję, nawet jeśli za trzy miesiące poprawi im się myślenie, nadal będą czuły się źle z samymi sobą, będą czuć się nie na miejscu i będą mówić: "Powinienem być umrzeć." Wiem, że będą czuć się okropnie z samymi sobą, bo ja się tak czuję i nawet głupie długodystansowe bieganie, moja "super moc" nie pomaga mi się poczuć wyjątkowo.
Aniołem Stróżem zostaje się, kiedy jest się naprawdę wyjątkowym - co jest zabawne, wcale się tak nie czuję - Bóg wybiera cię i proponuje ci zostanie Aniołem Stróżem, robotę na pełen etat przy pilnowaniu ludzi, jeśli odmówisz to już pewne, że pójdziesz do Złej Celi, a mnie jakoś się nie marzyło, bym odchodziła w bólu.
Próbowałam się zabić łykając tabletki nasenne, rozrzedzające krew i starałam się podciąć sobie żyły na nadgarstkach. Umarłam, a teraz na nowo żyję. Dostałam szansę i wcale nie czuję się wyjątkowo. Chciałam odejść z tego świata, tymczasem wróciłam tutaj, by opiekować się innymi ludźmi z depresją, zaburzeniem odżywiania oraz z chęciami zabicia samych siebie lub innych - innymi słowami, mam się opiekować ludźmi, którzy są tak samo pojebani jak i ja.
Nie mam super mocy, no chyba, że liczyć moją kondycję - przebiegnę siedem kilometrów i nie dostanę zadyszki, jednakże to jest zabawne biorąc pod uwagę, że nie mogę zrzucić zbędnych kilogramów. Ta sama waga, w jakiej chciałam umrzeć - moja kara za chęć zabicia czegoś co stworzył Dyrektor Wariatkowo-Nieba.
-Pewnego dnia zobaczysz, że potrafisz więcej niż kiedyś. - Powiedział do mnie starzec.
Minął miesiąc, a ja nadal nie odkryłam innej mocy niż bieganie bez zadyszki. Może wystartuję w maratonie..
-Jak się dzisiaj czujesz?-zapytał mnie John, mój psychiatra.
-Genialnie.-mruknęłam.
Mężczyzna mrużył oczy niezadowolony.
-Nie sądzisz, że to dziwne, że ciągle twierdzisz, że czujesz się "genialnie", a chcę ci przypomnieć, że niecały miesiąc temu próbowałaś się zabić. Może jednak nie czujesz się tak dobrze, jak mówisz?-insynuował, że kłamię.
-Skoro wiesz lepiej jak się czuję, to po jaką cholerę mnie pytasz?
Tak właśnie mijały nasze spotkania i nie chciałam tego zmienić. Średnio mi się podobało, abym miała mówić jakiemuś obcemu facetowi jak się czuję, tylko dlatego, że mu zapłacono, by mnie wysłuchać. Rodzice zamiast samodzielnie ze mną porozmawiać - nie żebym z nimi rozmawiała, ale to już lepiej by wyglądało - to wysłali mnie na sesje z jakimś dziadkiem.
-Chciałbym zrobić ogromny krok w twoje wyzdrowienie. We wtorki o 18 prowadzę zawsze spotkania grupowe, kilka osób z problemami, podobnymi jak twoje. Może przyjdziesz?-zaproponował.
-Wątpię, mam zawalony terminarz spotkaniami z samą sobą i Bogiem.
-Do kościoła chodzisz?-zapytał zaskoczony.
-Nie. Spotykam się z nim w Niebie.-zaśmiałam się.
-Żartujesz, prawa?-był zaniepokojony.
-Oczywiście, że tak!-przestałam sie śmiać i tylko z uśmiechem powiedziałam.: "Co jak co, ale wariatką nie jestem."
-No dobrze. W takim razie we wtorek na 18, do tego gabinetu.
Wstałam z krzesełka, wzięłam moją kurtkę, założyłam na siebie i wyszłam z gabinetu, który śmierdział świeczkami. Idąc przez korytarz, mijając okno zauważyłam dziewczynę, około 12 lat, stojącą jak wryta na ruchliwej jezdni. Wiedziałam, że to jest moja "wielka" chwila. Szybkim tempem zbiegłam po schodach, znalazłam się na ulicy i złapałam za rękę nastolatkę i szybko zbiegłam z jezdni, dosłownie przed samochodem.
-Mogłaś umrzeć!-krzyknęłam na blondynkę, kiedy ta płakała żałośnie.
-Chciałam umrzeć!-wykrzyczała do mnie pełna łez.
Nie wiem kiedy, ale otoczyli mnie ludzie, mnóstwo ludzi i zaczęli klaskać, wzywać pogotowie, nawet zawołali psychiatrę, z którym jeszcze niedawno miałam sesję. Nie wiem dlaczego ludzie mi gratulowali uratowania tej dziewczyny, przecież ona chciała umrzeć, ważniejsze jest się nią zająć niż mi gratulować szybkiego biegu i uratowania jej.
*
Nie tak wyobrażałam sobie moje życie. Ratowanie nastolatków z opresji przed samymi sobą. Chodzenie co tydzień do psychiatry. W śnie czasem bywanie w Niebie i rozmawianie z Dyrektorem. Bieganie bez zadyszki, bez potu i do tego długie dystanse. Nie chciałam być "z tych, które ratują", wiedziałam co te osoby czują, te które ratuję, jakby były bezsilne nawet przy umieraniu, że je niepotrzebnie ratuję, nawet jeśli za trzy miesiące poprawi im się myślenie, nadal będą czuły się źle z samymi sobą, będą czuć się nie na miejscu i będą mówić: "Powinienem być umrzeć." Wiem, że będą czuć się okropnie z samymi sobą, bo ja się tak czuję i nawet głupie długodystansowe bieganie, moja "super moc" nie pomaga mi się poczuć wyjątkowo.
You started staring at the walls again.
And the pictures turned back into empty frames.
Your sense will go before your looks will leave you.
And in time the ones you love will all leave too.
No dreams are not how they seemed back when you were young.
You lost your way and you couldn't overcome.
The times you'd hide, what's been building up inside.
'Cause dreams aren't how they seemed when you were young.
[...] No they're not what they used to be, to be.
Zacząłeś wpatrywać się na ściany ponownie.
Zdjęcia zamieniła się z powrotem w puste ramki.
Twój sens istnienia odejdzie zanim twój wygląd odejdzie także.
I w między czasie ludzie, których kochasz zostawią cię też.
Żadne marzenia nie są jakie się wydawały, kiedy byłeś młodszy.
Zgubiłeś swoją drogę i nie potrafisz zawrócić.
Czasy, kiedy chciałeś się schować przed światem, wszystkie problemy budowało się w tobie.
Bo marzenia nie są jakie się wydawały, kiedy byłeś młodszy.
Nie, one nie są jakie się wydawały, nie są.
Wow. Nie mam słów. Jest i n n y.
OdpowiedzUsuńInny? Zdefiniuj. :) Ha. Nie jest inny, kiedy prowadziłam blog "We Almost Had It All" i był nieco podobny, tzn. był jeden anioł stróż, ale nie był głównym bohaterem. Teraz chcę się skupić na pisaniu o czymś, o czym nie mam pojęcia. :D Nie no, jestem osobą niewierzącą, więc trochę to dziwne, abym pisała o Aniołach Stróżach, aczkolwiek każdy w coś wierzy, prawda? Ja chyba zacznę wierzyć, że ktoś spogląda mi za ramię, bo chyba już tęsknię za wiarą w coś większego i lepszego niż ludzie.
Usuń